GORDON R. DICKSON
ŻOŁNIERZU, NIE PYTAJ Dorsai tom 3 Przeło˙zył: Janusz Wojdecki
Tytuł oryginału: Soldier, ask not
Da...
13 downloads
912 Views
659KB Size
Report
This content was uploaded by our users and we assume good faith they have the permission to share this book. If you own the copyright to this book and it is wrongfully on our website, we offer a simple DMCA procedure to remove your content from our site. Start by pressing the button below!
Report copyright / DMCA form
GORDON R. DICKSON
ŻOŁNIERZU, NIE PYTAJ Dorsai tom 3 Przeło˙zył: Janusz Wojdecki
Tytuł oryginału: Soldier, ask not
Data wydania polskiego: 1992 r. Data pierwszego wydania oryginalnego: 1967 r.
˙ ZOŁNIERZU, NIE PYTAJ, ni jutro, ni dzi´s, Dokad ˛ ida˛ na wojn˛e sztandary. Do walki z Anarchem co dzie´n trzeba i´sc´ . Uderz i nie znaj w ciosach miary! I sława, i honor, i chwala,˛ i zysk Igraszki miedziaka nie warte. Peł´n swa˛ powinno´sc´ i nie złota błysk, Lecz z˙ ycie swe postaw na kart˛e! Troska i krew, cierpienie a˙z po kres Przypadły nam wszystkim w udziale. W pier´s wroga wymierz obna˙zony miecz, Nim padniesz w bitewnym zapale! ˙ Taki Zołnierzy nasz Pa´nskich jest los, Gdy staniem u podnó˙zy Tronu, Ochrzczonym krwia˛ własna˛ rozka˙ze nam Glos, Wej´sc´ samym do Bo˙zego Domu.
Rozdział 1 Menin aejede thea Pelejadec Achileos — tymi słowami rozpoczyna si˛e Homerowa Iliada i zawarta w niej opowie´sc´ sprzed trzech i pół tysiaca ˛ lat. Oto jest opowie´sc´ o gniewie Achillesa. A oto jest opowie´sc´ o m o i m gniewie. O tym, jak ja, Ziemianin, stawiłem czoło ludom dwóch s´wiatów, s´wiatów zwanych Zaprzyja´znionymi, sam przeciwko poborowym, fanatycznym i czarno odzianym z˙ ołnierzom Harmonii i Zjednoczenia. I nie jest to opowie´sc´ o umiarkowaniu w gniewie. Gdy˙z i ja, jak Achilles, jestem Ziemianinem. Nie robi to na was wra˙zenia? Nie? Nie w dzisiejszych czasach, kiedy synowie młodszych s´wiatów sa˛ wy˙zsi, silniejsi, bardziej uzdolnieni od nas ze s´wiatów starszych? Je´sli tak, to jak˙ze mało wiecie o Ziemi i jej synach! Opu´sc´ cie swe młodsze s´wiaty i powró´ccie na Ojczysta˛ Planet˛e, by cho´c raz bodaj dotkna´ ˛c jej stopa.˛ W dalszym ciagu ˛ istnieje i w dalszym ciagu ˛ si˛e nie zmienia. W dalszym ciagu ˛ sło´nce odbija si˛e w wodach Morza Czerwonego, które rozstapiły ˛ si˛e przed synami Izraelowymi. Jak dawniej wiatr wieje pod Termopilami, gdzie Leonidas wraz z trzystu Spartanami powstrzymał zast˛epy perskiego króla Kserksesa i zmienił bieg historii. Tu ludzie walczyli ze soba,˛ tu umierali, tu si˛e mno˙zyli, byli chowani i tu wznosili budowle przez ponad pi˛ec´ tysi˛ecy lat, nim człowiek w ogóle o´smielił si˛e zamarzy´c o waszych nowych s´wiatach. Czy˙z nie sadzicie, ˛ z˙ e owe pi˛ec´ tysiacleci, ˛ pokolenie za pokoleniem pod tym samym niebem i na tej samej ziemi, wycisn˛eło swe pi˛etno na naszych duszach, krwi i ko´sciach? Niech sobie ludzie z Dorsaj b˛eda˛ wojownikami ponad wszelkie wyobra˙zenie. Niech sobie Exotikowie z Mary i Kultis b˛eda˛ odzianymi w togi cudotwórcami, którzy potrafia˛ wywróci´c człowieka na nice i si˛egna´ ˛c po odpowiedzi tam, gdzie nie si˛ega filozofia. Niech sobie badacze nauk s´cisłych z Newtona i Wenus zgł˛ebiaja˛ obszary tak dalece nam, zwykłym s´miertelnikom, niedost˛epne, z˙ e z trudno´scia˛ mo˙zemy si˛e dzi´s z tymi naukowcami porozumie´c. Lecz my — ludzie z Ziemi, cho´c nudni, niscy i pro´sci — mamy w sobie co´s wi˛ecej ni˙z tamci. Gdy˙z wcia˙ ˛z jeszcze stanowimy wzorzec pełnej istoty ludzkiej, zasadniczy trzon, którego oni sa˛ zaledwie udoskonalonymi cz˛es´ciami — połyskujacymi, ˛ wypolerowanymi, ostry4
mi jak brzytwa cz˛es´ciami. I tylko cz˛es´ciami. Je´sli jednak nale˙zycie do tych, którzy jak mój wuj Mathias Olyn uwa˙zaja,˛ z˙ e zostali´smy daleko w tyle, wówczas odsyłam was do Enklawy, utrzymywanej przez Exotików w St. Louis, gdzie czterdzie´sci dwa lata temu wielki wizjoner, Ziemianin Mark Torre, pierwszy rozpoczał ˛ budow˛e tego, co za sto lat od dzisiaj stanie si˛e Encyklopedia˛ Finalna.˛ Ju˙z za lat sze´sc´ dziesiat ˛ oka˙ze si˛e ona zbyt pot˛ez˙ na, delikatna i skomplikowana jak na warunki panujace ˛ na powierzchni Ziemi. Zaczniecie jej wówczas szuka´c na orbicie. A za sto lat stanie si˛e — lecz nikt nie wie na pewno, czym si˛e wówczas stanie ani co zdziała. Teoria Marka Torre głosi, z˙ e Encyklopedia odkryje przed nami gł˛ebi˛e s´wiadomo´sci — jaka´ ˛s dobrze ukryta˛ czastk˛ ˛ e duszy podstawowego ziemskiego rodzaju ludzkiego — która˛ mieszka´ncy młodszych s´wiatów utracili, bad´ ˛ z której posia´ ˛sc´ nie byli w stanie. Lecz sprawd´zcie sami. Jeszcze dzi´s pojed´zcie do Enklawy St. Louis i dołacz˛ cie do pierwszej lepszej tury zwiedzajacych ˛ hale i pomieszczenia badawcze Projektu Encyklopedii, by w ko´ncu znale´zc´ si˛e w obszernej, poło˙zonej centralnie sali Katalogu, gdzie pot˛ez˙ ne zakrzywione s´ciany ju˙z zaczynaja˛ by´c ładowane przesłankami wiedzy stuleci. Gdy za sto lat od dnia dzisiejszego cała przestrze´n tej wielkiej sfery zostanie w ko´ncu naładowana, połacz ˛ a˛ si˛e okruchy wiedzy, których do tej pory ludzki umysł nigdy połaczy´ ˛ c nie zdołał. A dysponujac ˛ ta˛ wiedza˛ ostateczna˛ ujrzymy — co? Gł˛ebi˛e s´wiadomo´sci? Ale powiadam wam, nie zaprzatajcie ˛ tym sobie teraz głowy. Po prostu odwied´zcie Katalog — to wszystko, o co was prosz˛e. Odwied´zcie go razem z reszta˛ zwiedzajacych. ˛ Sta´ncie w samym s´rodku i uczy´ncie, co ka˙ze przewodnik. — Posłuchajcie. Posłuchajcie. Uciszcie si˛e i nat˛ez˙ cie słuch. Posłuchajcie — nic nie dosłyszycie. A wówczas przewodnik zmaci ˛ wreszcie niezno´sna,˛ nieledwie dotykalna˛ cisz˛e i powie wam, dlaczego chciał, by´scie słuchali. Tylko jeden człowiek na wiele milionów m˛ez˙ czyzn i kobiet w ogóle słyszy cokolwiek. Tylko jeden na wiele milionów — spo´sród zrodzonych na Ziemi. Lecz nikt — absolutnie nikt — spo´sród wszystkich urodzonych na młodszych s´wiatach, którzy kiedykolwiek przyszli tutaj posłucha´c, nie usłyszał ani odrobiny. Uwa˙zasz, z˙ e to jeszcze niczego nie dowodzi? W takim razie, przyjacielu, mylisz si˛e. Gdy˙z w´sród tych, którzy usłyszeli — to, co było do usłyszenia — znalazłem si˛e ja sam i to, co usłyszałem, a s´wiadcza˛ o tym moje czyny, zmieniło bieg całego mojego z˙ ycia. Zdobyłem wiedz˛e o posiadanej mocy, która˛ pó´zniej w swojej w´sciekło´sci wykorzystałem planujac ˛ zagład˛e ludów dwu Zaprzyja´znio´ nych Swiatów. A wi˛ec nie s´miejcie si˛e ze mnie, kiedy przyrównuj˛e swój gniew do gniewu Achillesa, samotnego w swej zaciekło´sci po´sród myrmido´nskich okr˛etów pod murami Troi. Gdy˙z sa˛ mi˛edzy nami i inne zbie˙zno´sci. Nazywam si˛e Tam Olyn, a moi 5
przodkowie pochodzili w wi˛ekszej cz˛es´ci z Irlandii, lecz po to, by sta´c si˛e tym, kim jestem, tak jak Achilles wzrastałem na greckim Peloponezie. W cieniu górujacych ˛ nad Atenami ruin białego Partenonu nasze dusze spos˛epniały za sprawa˛ wuja, który nie pozwolił im rozwija´c si˛e swobodnie w sło´ncu. Dusze — moja i mojej młodszej siostry Eileen.
Rozdział 2 Był to jej pomysł — mojej siostry Eileen — by owego dnia, korzystajac ˛ z mo´ jej nowej przepustki podró˙znej pracownika Srodków Przekazu, odwiedzi´c Encyklopedi˛e Finalna.˛ W zwykłych okoliczno´sciach by´c mo˙ze bym si˛e zastanowił, dlaczego chciała si˛e tam wybra´c. Ale w chwili kiedy to zaproponowała, perspektywa ujrzenia Encyklopedii traciła ˛ we mnie czuła˛ strun˛e, niska˛ i mocna˛ niczym nieoczekiwane uderzenie gongu — poczułem co´s, czego nigdy dotad ˛ nie doznałem — co´s na kształt strachu. Ale nie był to zwyczajny strach, nic tak prostego. Uczucie nie było nawet do gruntu przykre. Po wi˛ekszej cz˛es´ci przypominało pustk˛e i napi˛ecie poprzedzajace ˛ zwykle moment poddania si˛e jakiej´s wa˙znej próbie. A jednak to było to — ale i w jaki´s sposób co´s wi˛ecej. Uczucie, jakbym napotkał na swej drodze smoka. Trwało nie dłu˙zej ni˙z sekund˛e. Ale sekunda wystarczyła. I jako z˙ e Encyklopedia dla zrodzonych na Ziemi reprezentowała teoretycznie wszelka˛ nadziej˛e, mój wuj Mathias za´s był dla nas przykładem braku wszelkiej nadziei, skojarzyłem to uczucie z nim i z wyzwaniem, jakie stanowił dla mnie przez wszystkie lata naszego z˙ ycia pod jednym dachem. A to spowodowało, z˙ e z miejsca zdecydowałem si˛e tam pój´sc´ , nie zwa˙zajac ˛ na jakiekolwiek inne dodatkowe wzgl˛edy. Co wi˛ecej, wyprawa s´wietnie si˛e nadawała do uczczenia sukcesu. Zwykle nie zabierałem nigdzie Eileen ze soba˛ — ale wła´snie podpisałem sta˙zowa˛ umow˛e o prac˛e z Mi˛edzygwiezdna˛ Słu˙zba˛ Prasowa˛ w ich Jednostce Sztabowej tu, na Ziemi. I to zaledwie w dwa tygodnie po uko´nczeniu Genewskiego Uniwersytetu ´ Srodków Przekazu. To prawda, uniwersytet ten wyró˙zniał si˛e w´sród wszystkich uczelni tego rodzaju na czternastu zamieszkanych planetach z Ziemia˛ włacznie, ˛ a indeks mych naukowych osiagni˛ ˛ ec´ był najlepszy w całej jego historii. Niemniej takie oferty pracy trafiaja˛ si˛e młodym ludziom prosto po studiach raz na dwadzies´cia lat, je´sli nie rzadziej. Tak wi˛ec nie zadałem sobie trudu, by wypyta´c siedemnastoletnia˛ siostr˛e, dlaczegó˙z to mianowicie chce, bym ja˛ zabrał do Encyklopedii Finalnej w okre´slonym przez nia˛ dniu i godzinie. Tak jak dzisiaj to widz˛e, przypuszczam, z˙ e musiałem sobie wytłumaczy´c, i˙z chciała jedynie, cho´cby na jeden dzie´n, wyrwa´c si˛e z mrocznego domostwa wuja. Co ju˙z samo w sobie było dla mnie dostatecznym 7
powodem. To wła´snie Mathias, brat mojego ojca, przyjał ˛ nas do siebie po s´mierci naszych rodziców w wypadku samochodowym. I to wła´snie on tłamsił mnie i Eileen przez lata dorastania. Nie z˙ eby kiedykolwiek nas dotknał, ˛ przynajmniej w sensie fizycznym. Nie z˙ eby dopu´scił si˛e wobec nas jakiegokolwiek jawnego lub rozmy´slnego okrucie´nstwa. Nie musiał. Wystarczyło ofiarowa´c nam najzamo˙zniejszy z domów, najwyborniejsze jedzenie, ubranie i opiek˛e — i dopilnowa´c, by´smy dzielili to wszystko z n i m, człowiekiem o sercu tak samo pozbawionym słonecznego blasku, jak nale˙zaca ˛ do´n kamienica bez okien, ciemna jak podziemna jaskinia, która nigdy nie widziała s´wiatła dziennego, i o duszy zimnej jak kamie´n spoczywajacy ˛ na dnie tej jaskini. Jego biblia˛ były pisma tego starego dwudziestopierwszowiecznego s´wi˛etego, ´ — i którea mo˙ze diabła, Waltera Blunta — którego motto brzmiało: NISZCZYC! go Bractwo Chantry dało pó´zniej z˙ ycie kulturze Exotików na młodszych s´wiatach Mary i Kultis. Nie miało znaczenia, z˙ e Exotikowie odmiennie odczytywali pisma Blunta, upatrujac ˛ ich przesłanie w. plewieniu chwastu tera´zniejszo´sci pod upraw˛e kwiatów przyszło´sci. Nasz wuj Mathias nie si˛egał my´sla˛ dalej ni˙z plewienie, co te˙z dzie´n po dniu w swym mrocznym domu wbijał nam do głowy. Ale do´sc´ ju˙z o Mathiasie. Był doskonało´scia,˛ je´sli chodzi o brak nadziei i wiar˛e, z˙ e młodsze s´wiaty ju˙z dawno zostawiły nas, Ziemian, w tyle, na pastw˛e skarlenia i s´mierci, niczym obumarły członek lub uległa˛ atrofii cz˛es´c´ ciała. Lecz ani Eileen, ani ja nie potrafili´smy dorówna´c mu w tej chłodnej filozofii, mimo z˙ e jako dzieci próbowali´smy ze wszystkich sił. Tak wi˛ec ka˙zde z nas na swój sposób rwało si˛e do ucieczki zarówno od owej filozofii, jak od wuja, a szlaki tej ucieczki przywiodły nas oboje do Enklawy Exotików w St. Louis i do Encyklopedii Finalnej. Z Aten do St. Louis polecieli´smy wahadłowcem, a z St. Louis do Enklawy dotarli´smy metrem. Airbus przywiózł nas na dziedziniec Encyklopedii. Pami˛etam, z˙ e z jakiego´s powodu wysiadłem ostatni. I kiedy stanałem ˛ w betonowym kr˛egu, poczułem znów owo gł˛ebokie nagłe uderzenie gongu. Zamarłem jak człowiek wprawiony w trans. — Przepraszam — rozległ si˛e za mna˛ głos — pan nale˙zy do grupy zwiedzaja˛ cych, prawda? Zechce pan dołaczy´ ˛ c do reszty. Jestem wasza˛ przewodniczka.˛ Odwróciłem si˛e gwałtownie i spojrzałem z góry w brazowe ˛ oczy dziewczyny w bł˛ekitnej szacie Exotików. Stała tam s´wie˙za jak blask sło´nca padajacy ˛ na nia˛ — ale co´s mi w jej wygladzie ˛ nie pasowało. — Nie jeste´s z Exotików! — powiedziałem nagle. Bo te˙z i nie była. Exotikowie od urodzenia mieli swe pochodzenie wypisane na twarzach. Ich oblicza były spokojniejsze ni˙z twarze innych ludzi. Ich oczy wpatrywały si˛e we wszystko z wi˛eksza˛ przenikliwo´scia.˛ Byli jak Bogowie Po8
koju, zawsze siedzacy ˛ z jedna˛ r˛eka˛ na u´spionym gromie, niby nie´swiadomi jego obecno´sci. — Jestem współpracownica˛ — odparła. — Nazywam si˛e Liza Kant. I masz racj˛e. Nie jestem z prawdziwych Exotików. Nie wygladała ˛ na zaniepokojona˛ moja˛ próba˛ wyja´snienia, dlaczego okrywa ja˛ szata Exotików. Była ni˙zsza od mojej siostry, wysokiej jak na Ziemiank˛e, ja te˙z jestem wysoki jak na Ziemianina. Eileen była jasna˛ blondynka,˛ natomiast ja miałem ju˙z wtedy ciemne włosy. Kiedy nasi rodzice zmarli, moja czupryna była tego samego koloru co włosy Eileen, ale pociemniała w miar˛e upływu lat pod dachem Mathiasa. Ta dziewczyna, Liza, miała kasztanowe włosy, zgrabna˛ sylwetk˛e i roze´smiana˛ buzi˛e. Zaintrygowała mnie uroda˛ i szata˛ — ale jednocze´snie nieco zirytowała. Była taka pewna siebie. Dlatego te˙z nie spuszczałem jej z oka, gdy zaj˛eła si˛e gromadzeniem osób czekajacych ˛ na oprowadzenie po Encyklopedii. Gdy zwiedzanie ju˙z si˛e rozpocz˛eło, zjawiłem si˛e u jej boku i w przerwie wykładu wszczałem ˛ z nia˛ rozmow˛e. Bez wahania opowiedziała mi o sobie. Urodziła si˛e na północnoameryka´n´ skim Srodkowym Zachodzie, niedaleko St. Louis. Do szkoły podstawowej i s´redniej chodziła w Enklawie i tak stała si˛e zwolenniczka˛ filozofii Exotików. Zacz˛eła wi˛ec pracowa´c w´sród nich i z˙ y´c na ich sposób. Pomy´slałem, z˙ e szkoda na to tak atrakcyjnej dziewczyny i powiedziałem jej to bez ogródek. — Dlaczego szkoda — odparła z u´smiechem — skoro daj˛e w ten sposób upust całej nagromadzonej we mnie energii, i to w dobrej sprawie? Uznałem, z˙ e pewnie si˛e ze mnie s´mieje. Nie podobało mi si˛e to — nawet w tamtych czasach nie lubiłem, by si˛e ze mnie s´miano. — Có˙z to za dobra sprawa? — zapytałem najbardziej obcesowo, jak umiałem. — Kontemplacja własnego p˛epka? Jej u´smiech zniknał ˛ i popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, tak dziwnym, z˙ e zapami˛etałem to spojrzenie na zawsze. Było to tak, jak gdyby dopiero teraz u´swiadomiła sobie moje istnienie, niczym istnienie nieznajomego pływaka unoszonego noca˛ przez fale daleko od niewzruszonej opoki brzegu, na którym stała. Wyciagn˛ ˛ eła r˛ek˛e, jakby chciała mnie dotkna´ ˛c, ale zaraz ja˛ opu´sciła, przypomniawszy sobie, gdzie si˛e znajdujemy. — Jeste´smy tu zawsze — odparła zagadkowo. — Pami˛etaj o tym. Jeste´smy tu zawsze. Odwróciła si˛e i powiodła nas przez niezmontowany kompleks struktur tworzacych ˛ Encyklopedi˛e. — Struktury te, po przeniesieniu w przestrze´n okołoziemska˛ — prowadzac ˛ nas dalej zwracała si˛e teraz do wszystkich — zło˙za˛ si˛e, formujac ˛ kształt w przybli˙zeniu kulisty, na orbicie le˙zacej ˛ na wysoko´sci ponad stu pi˛ec´ dziesi˛eciu mil nad powierzchnia˛ Ziemi. — Powiedziała nam, jakim ogromnym wydatkiem b˛edzie przeniesienie na orbit˛e takiej konstrukcji w jednym kawałku. Potem wytłumaczy9
ła, dlaczego koszty te, chocia˙z niezmierne, były usprawiedliwione. Otó˙z w ciagu ˛ pierwszych stu lat poczyniono du˙ze oszcz˛edno´sci dzi˛eki temu, z˙ e budow˛e i ładowanie informacjami wykonano bardziej ekonomicznie na Ziemi. — Encyklopedia Finalna — mówiła — miała by´c nie tylko magazynem faktów. Gromadzenie wiedzy to jedynie s´rodek wiodacy ˛ do celu — celem tym jest odkrycie i ustalenie zale˙zno´sci zachodzacych ˛ pomi˛edzy wszystkimi faktami. Ka˙zda porcja wiedzy miała by´c łaczona ˛ z innymi porcjami za pomoca˛ drga´n energetycznych przenoszacych ˛ kod zale˙zno´sci, dopóki połaczenia ˛ owe nie zostana˛ przeprowadzone w najwy˙zszym mo˙zliwym stopniu i dopóki ogromna masa łacz ˛ acych ˛ si˛e ze soba˛ informacji, zebranych przez człowieka na temat jego wszech´swiata i niego samego, nie zacznie w ko´ncu objawia´c swego kształtu jako cało´sci w sposób nigdy jeszcze przez człowieka nie widziany. Podj˛ecie budowy Encyklopedii przez Ziemian wiazało ˛ si˛e jeszcze z czym´s innym, wa˙zniejszym. Była to nadzieja całej Ziemi — wszystkich ludzi na planecie z wyjatkiem ˛ Mathiasa i jemu podobnych, którzy stracili ju˙z wszelka˛ nadziej˛e — z˙ e prawdziwa˛ zapłata˛ za zbudowanie Encyklopedii b˛edzie mo˙zliwo´sc´ u˙zycia jej jako narz˛edzia do zbadania słuszno´sci teorii Marka Torre. A teoria Marka Torre, jak wszyscy powinni´smy wiedzie´c, zakładała istnienie w dziedzinie wiedzy człowieka o sobie samym ciemnej strefy, strefy, gdzie zawsze zawodził wzrok ludzki, tak jak postrzeganie wszelkich urzadze´ ˛ n percepcyjnych zawodzi w s´lepej strefie, strefie, gdzie one same si˛e znajduja.˛ Encyklopedia Finalna — przewidywał Torre — b˛edzie mogła zbada´c t˛e s´lepa˛ stref˛e człowieka droga˛ wnioskowania z kształtu i masy całkowitej poznanej wiedzy. A w strefie tej — mówił Torre — znajdziemy co´s — nieznana˛ jako´sc´ , umiej˛etno´sc´ lub sił˛e — co posiada tylko i wyłacznie ˛ podstawowy szczep ludzki z Ziemi, co´s, co zostało odebrane lub nigdy nie było dane odpryskom rasy ludzkiej na młodszych s´wiatach, które tylko pozornie prze´scign˛eły w szybkim tempie nasze rodzicielskie plemi˛e pod wzgl˛edem siły ciała i umysłu. Słuchajac ˛ tego wszystkiego, przyłapałem si˛e na tym, z˙ e z jakiej´s przyczyny rozpami˛etuj˛e zagadkowe spojrzenie i dziwnie brzmiace ˛ słowa, które wcze´sniej skierowała do mnie Liza. Rozgladałem ˛ si˛e po niezwykłych, wypełnionych lud´zmi pomieszczeniach, gdzie nawet w czasie naszego zwiedzania bez przerwy toczyły si˛e wszelkiego rodzaju prace, od budowlanych po laboratoryjne, i znowu zacz˛eło mnie ogarnia´c to dziwne, nieco straszne uczucie. Nie tylko powróciło, ale zagnie´zdziło si˛e na dobre i j˛eło si˛e wzmaga´c, a˙z poczułem, z˙ e cała Encyklopedia stała si˛e jednym wielkim z˙ ywym organizmem, ze mna˛ w samym s´rodku. Instynktownie wydałem temu uczuciu walk˛e, gdy˙z zawsze najbardziej na s´wiecie pragnałem ˛ w z˙ yciu wolno´sci — tego, by z˙ adna siła ludzka czy mechaniczna nie mogła mnie do niczego zmusi´c. Lecz w dalszym ciagu ˛ narastało we mnie i nie przestało narasta´c, gdy dotarli´smy wreszcie do sali Katalogu, która w kosmosie miała znale´zc´ si˛e w samym centrum Encyklopedii. 10
Sala miała kształt ogromnej kuli, tak rozległej, z˙ e gdy do niej weszli´smy, cała przeciwległa s´ciana gin˛eła w mroku, migotały jedynie słabe s´wietliki, sygnalizuja˛ ce doprowadzenie nowych faktów i ich skojarze´n do czułego materiału rejestruja˛ cego na wewn˛etrznej powierzchni, niesko´nczonej powierzchni, która zakrzywiajac ˛ si˛e wokół nas stanowiła jednocze´snie sufit, podłog˛e i s´ciany. Całe przestronne wn˛etrze tej ogromnej sferycznej sali było puste, nie liczac ˛ ustawionych na rusztowaniach pochylni wychodzacych ˛ do góry z otworów wejs´ciowych i s´miałym łukiem si˛egajacych ˛ ogromnej platformy zawieszonej w powietrzu w geometrycznym s´rodku komory. Teraz Liza poprowadziła nas jedna˛ z pochylni w gór˛e, a˙z doszli´smy do platformy majacej ˛ nie wi˛ecej ni˙z sze´sc´ metrów s´rednicy. — . . . Tu, gdzie teraz jeste´smy — powiedziała Liza, gdy stan˛eli´smy na platformie — znajduje si˛e to, co kiedy´s znane b˛edzie jako Punkt Przej´scia. W kosmosie wszystkie połaczenia ˛ przeprowadzone b˛eda˛ nie tylko naokoło s´cian sali Katalogu, ale równie˙z doprowadzone do tego punktu centralnego. I stojac ˛ w tym wła´snie punkcie przyszli zawiadowcy Encyklopedii spróbuja˛ wykorzysta´c ja˛ do sprawdzenia teorii Marka Torre i zobacza,˛ czy uda im si˛e wywie´sc´ na s´wiatło dzienne wiedz˛e ukryta˛ w gł˛ebi umysłu ziemskiego człowieka. Przerwała i okr˛eciła si˛e, by sprawdzi´c, gdzie stoja˛ wszyscy uczestnicy wycieczki. — Prosz˛e si˛e s´cie´sni´c — rzekła. Przez sekund˛e nasze oczy si˛e spotkały — i nagle, bez z˙ adnego ostrze˙zenia, fala uczu´c, które wywoływała we mnie Encyklopedia, wezbrała piana.˛ Przenikn˛eło mnie zimne uczucie przypominajace ˛ strach i stanałem ˛ nieruchomo jak słup soli. — A teraz — kontynuowała, kiedy przysun˛eli´smy si˛e bli˙zej — prosz˛e was wszystkich o zachowanie przez sze´sc´ dziesiat ˛ sekund absolutnego bezruchu oraz o nat˛ez˙ enie słuchu. Po prostu zamie´ncie si˛e w słuch i zobaczymy, czy co´s usłyszycie. Ucichły rozmowy i zamkn˛eła si˛e wokół nas panujaca ˛ w komorze nieprzenikniona cisza. Owin˛eła nas szczelnie i nagle odezwał si˛e w moim mózgu dzwonek alarmowy. Nigdy dotad ˛ nie cierpiałem na l˛ek wysoko´sci ani l˛ek przestrzeni, lecz oto teraz spadła na mnie obł˛edna s´wiadomo´sc´ wielkiej pustki pod platforma˛ i ogromu otaczajacej ˛ nas przestrzeni. Poczułem bicie serca i zawroty głowy. — A co mamy usłysze´c? — odezwałem si˛e gło´sno, nie dlatego z˙ e mnie to interesowało, ale po to, by otrzasn ˛ a´ ˛c si˛e z zaczynajacych ˛ ogarnia´c mnie mdlacych ˛ sensacji. Mówiac ˛ to stałem prawie za plecami Lizy. Odwróciła si˛e i spojrzała na mnie. W jej oczach znów go´scił cie´n owego zagadkowego spojrzenia, którym obrzuciła mnie przedtem. — Nic — odparła. A potem zawahała si˛e, wcia˙ ˛z dziwnie na mnie patrzac. ˛ — A mo˙ze. . . co´s, chocia˙z szansa na to jest jak jeden do miliarda. Dowiesz si˛e, kiedy usłyszysz, a ja wytłumacz˛e wszystko po upływie sze´sc´ dziesi˛eciu sekund. 11
— Proszacym ˛ gestem poło˙zyła mi r˛ek˛e na ramieniu. — Teraz bad´ ˛ z łaskaw by´c cicho ze wzgl˛edu na innych, nawet je´sli sam nie chcesz posłucha´c. — Och, posłucham — przyrzekłem. Odwróciłem si˛e. I nagle, ponad jej ramieniem, za nami, w oddali przy wej´sciu, którym dostali´smy si˛e do sali Katalogu, zobaczyłem moja˛ siostr˛e, ju˙z nie w naszej grupie. Z tej odległo´sci rozpoznałem ja˛ tylko po jasnych włosach i wysokim wzros´cie. Rozmawiała z ciemnowłosym, szczupłym m˛ez˙ czyzna,˛ ubranym na czarno, którego, cho´c stał obok niej, nie mogłem pozna´c z tak daleka. Byłem zaskoczony, a w chwil˛e potem poirytowany. Obraz chudego m˛ez˙ czyzny w czerni był dla mnie niczym policzek. Sam fakt, z˙ e moja siostra opu´sciła grup˛e po to, by porozmawia´c z zupełnie dla mnie obcym człowiekiem i to rozmawia´c z takim przej˛eciem, sadz ˛ ac ˛ po widocznym spi˛eciu sylwetki i drobnych ruchach rak, ˛ wydał mi si˛e niegrzeczno´scia,˛ urastajac ˛ a˛ do rangi zdrady. W ko´ncu to ona błagała mnie o przyj´scie tutaj. Włosy stan˛eły mi d˛eba na karku i wezbrała we mnie fala zimnego gniewu. To s´mieszne — z tej odległo´sci nawet człowiek obdarzony najlepszym słuchem nie zdołałby podsłucha´c ich rozmowy, lecz przyłapałem si˛e na tym, z˙ e wysilam si˛e, by przenikna´ ˛c otaczajac ˛ a˛ nas cisz˛e ogromnej komnaty, próbujac ˛ dowiedzie´c si˛e, o czym te˙z mówia.˛ I wówczas, najpierw z ledwo´scia,˛ a potem coraz lepiej, zaczałem ˛ słysze´c. Co´s. Nie głos mojej siostry i nie głos nieznajomego, kimkolwiek był, ale jaki´s dochodzacy ˛ z daleka, chrapliwy głos m˛ez˙ czyzny. Mówił j˛ezykiem podobnym nieco do łaciny, lecz opuszczał samogłoski i grasejował, co zmieniało jego przemow˛e w pomruk podobny gwałtownemu przetaczaniu si˛e letniego gromu towarzyszace˛ mu błyskawicy. Głos narastał, stajac ˛ si˛e nie tyle gło´sniejszy, co bli˙zszy — a potem usłyszałem drugi głos, odpowiadajacy ˛ pierwszemu. I jeszcze jeden głos. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Ryczac, ˛ wrzeszczac, ˛ zbli˙zajac ˛ si˛e jak lawina, głosy nagle opadły mnie ze wszystkich stron, ich liczba w´sciekle narastała, podwajajac ˛ si˛e i potrajajac ˛ — wszystkie głosy we wszystkich j˛ezykach całego s´wiata, wszystkie głosy, jakie kiedykolwiek były na tym s´wiecie — i jeszcze wi˛ecej. Jeszcze — i jeszcze — i jeszcze. Wrzeszczały mi do ucha paplajac, ˛ płaczac, ˛ s´miejac ˛ si˛e, przeklinajac, ˛ rozkazujac, ˛ tłumaczac ˛ — lecz nie stapiały si˛e, jak mo˙zna by si˛e spodziewa´c po takiej mnogo´sci, w jeden pot˛ez˙ ny, ale przynajmniej nie rozbity na głosy grom wywołany rykiem wodospadu. Coraz bardziej wzmagały si˛e, lecz wcia˙ ˛z pozostawały rozdzielone. Słyszałem wszystkie! Ka˙zdy z milionów i miliardów kobiecych i m˛eskich głosów krzyczał mi z osobna do ucha. I w ko´ncu tumult ten uniósł mnie jak piórko pochwycone przez czoło huraganu, okr˛ecił mna˛ gdzie´s w górze i porwał poza granice przytomno´sci we w´sciekła˛ 12
katarakt˛e nie´swiadomo´sci.
Rozdział 3 Pami˛etam, z˙ e nie chciałem si˛e obudzi´c. Wydawało mi si˛e, z˙ e wróciłem z dalekiej podró˙zy i przez dłu˙zszy czas byłem nieobecny. Lecz kiedy w ko´ncu otwarłem z wielka˛ niech˛ecia˛ oczy, le˙załem na podłodze komory, a Liza Kant pochylała si˛e nade mna.˛ Tylko ona — niektórzy z naszej grupy jeszcze nie zda˙ ˛zyli si˛e obróci´c, by zobaczy´c, co si˛e ze mna˛ stało. Liza uniosła moja˛ głow˛e z podłogi. — Słyszałe´s! — powiedziała przynaglajaco ˛ s´ciszonym głosem, prawie na ucho. — Co takiego słyszałe´s? — Słyszałem? Potrzasn ˛ ałem ˛ głowa˛ w oszołomieniu, przypominajac ˛ sobie to wszystko i spodziewajac ˛ si˛e prawie tego, z˙ e nieprzebrane morze głosów zatopi mnie po raz wtóry. Lecz tym razem słycha´c było tylko cisz˛e, a w powietrzu wisiało pytanie Lizy. — Co słyszałem? — powtórzyłem. — Ich. — Ich? Zmru˙zyłem oczy przeszyty jej spojrzeniem i nagle przeja´sniło mi si˛e w głowie. W jednej chwili przypomniałem sobie moja˛ siostr˛e i zerwałem si˛e na równe nogi, usiłujac ˛ z tej odległo´sci dojrze´c wej´scie, obok którego widziałem Eileen stojac ˛ a˛ z czarno ubranym m˛ez˙ czyzna.˛ Ale ani w wej´sciu, ani w jego okolicy nikt nie stał. Nie było ani jej, ani jego. Nie było z˙ adnego z nich. Pozbierałem si˛e do kupy. Byłem wstrza´ ˛sni˛ety, rozbity i zupełnie pozbawiony pewno´sci siebie przez kaskad˛e głosów, pod która˛ mnie wepchni˛eto i której dałem si˛e ponie´sc´ . Tajemnica mojej siostry i jej znikni˛ecie odebrały mi zdrowy rozsa˛ dek. Zostawiłem Liz˛e bez odpowiedzi i pu´sciłem si˛e biegiem w dół pochylni, ku wej´sciu, gdzie po raz ostatni widziałem Eileen rozmawiajac ˛ a˛ z nieznajomym w czarnym ubraniu. Cho´c byłem szybki i miałem dłu˙zsze nogi, Liza była jeszcze szybsza. Nawet w swoich bł˛ekitnych szatach mogła i´sc´ o lepsze z asami bie˙zni. Dogoniła mnie, wyprzedziła i stan˛eła w drzwiach, tarasujac ˛ je w chwili, gdy do nich dobiegłem. — Dokad ˛ idziesz? — zawołała. — Nie mo˙zesz odej´sc´ — jeszcze nie teraz! ˙ Je´sli co´s słyszałe´s, musz˛e zabra´c ci˛e do Marka Torre. Zyczy sobie rozmawia´c 14
osobi´scie z ka˙zdym, kto kiedykolwiek co´s usłyszy! Jej słowa ledwo do mnie docierały. — Z drogi — burknałem ˛ i odepchnałem ˛ ja˛ niezbyt delikatnie na bok. Dałem nura do wej´scia i znalazłem si˛e w okragłym ˛ pomieszczeniu narz˛edziowni. Pracowali tam technicy w kolorowych bluzach, czyniac ˛ niepoj˛ete rzeczy z nieprawdopodobnymi łama´ncami szkła i metalu — ale ani s´ladu Eileen i człowieka w czerni. Przemknałem ˛ przez pokój do znajdujacego ˛ si˛e za nim korytarza. Ale i tu było pusto. Pobiegłem korytarzem i skr˛eciłem w pierwsze napotkane drzwi na prawo. Kilku czytajacych ˛ i piszacych ˛ podniosło na mnie wzrok znad stołów i ławek i popatrzyło ze zdumieniem, lecz Eileen ani nieznajomego nie było w´sród nich. Spróbowałem w nast˛epnym pokoju, a potem w jeszcze jednym, wsz˛edzie bez powodzenia. Przy piatym ˛ pokoju Liza ponownie mnie dogoniła. — Stój! — rozkazała. I tym razem chwyciła mnie naprawd˛e z siła˛ zdumiewajac ˛ a˛ jak na tak niepozorna˛ dziewczyn˛e. — Zatrzymasz si˛e wreszcie i pomy´slisz przez chwil˛e? Co si˛e stało? — Stało si˛e! — wrzasnałem. ˛ — Moja siostra. . . I wówczas zatrzymałem si˛e i ugryzłem w j˛ezyk. Nagle dotarło do mnie, jak idiotycznie zabrzmiałoby, gdybym zdradził Lizie cel moich poszukiwa´n. To, z˙ e siedemnastoletnia dziewczyna odłacza ˛ si˛e od grupy i rozmawia z kim´s, kogo nie zna jej starszy brat, nie jest najszcz˛es´liwszym wytłumaczeniem powodu szale´nczej pogoni i pó´zniejszych goraczkowych ˛ poszukiwa´n — przynajmniej w dniu dzisiejszym obecnego stulecia. Nie miałem bynajmniej zamiaru robi´c Lizie wykładu na temat braku ciepła w nieszcz˛es´liwym okresie naszego dorastania, mojego i Eileen, w domu wuja Mathiasa. Stanałem ˛ bez słowa. — Musisz pój´sc´ ze mna˛ — powiedziała naglaco ˛ sekund˛e pó´zniej. — Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak strasznie, niewyobra˙zalnie rzadko kto´s naprawd˛e co´s słyszy w Punkcie Przej´scia. Nie rozumiesz, jak wiele to teraz znaczy dla Marka Torre — dla Marka Torre we własnej osobie — znale´zc´ kogo´s, kto usłyszał! Potrzasn ˛ ałem ˛ głowa˛ w odr˛etwieniu. Nie miałem ochoty nikomu opowiada´c, przez co wła´sciwie przeszedłem, a ju˙z najmniej, z˙ eby badano mnie jak jaki´s wybryk natury albo okaz do´swiadczalny. — Musisz! — powtórzyła Liza. — To bardzo wa˙zne. Nie tylko dla Marka, dla całego Projektu. Pomy´sl! Nie uciekaj, prosz˛e! Zastanów si˛e najpierw nad tym, co robisz! Trafiło do mnie słowo „zastanów si˛e”. Z wolna umysł mi si˛e przeja´snił. To, co mówiła, było najprawdziwsza˛ prawda.˛ Powinienem zastanowi´c si˛e zamiast goni´c w pi˛etk˛e jak człowiek niespełna rozumu. Eileen i czarno ubrany nieznajomy mogli by´c w którymkolwiek z dziesiatków ˛ pokoi oraz korytarzy — mogli ju˙z na15
wet opu´sci´c Projekt i Enklaw˛e. Tak czy owak, có˙z mógłbym powiedzie´c, nawet gdybym ich dogonił? Za˙zada´ ˛ c, by zdradził swoja˛ to˙zsamo´sc´ i zadeklarował swoje zamiary wzgl˛edem mojej siostry? Prawdopodobnie dobrze si˛e stało, z˙ e nie udało mi si˛e ich odnale´zc´ . Ponadto była jeszcze jedna sprawa. Ci˛ez˙ ko pracowałem, by otrzyma´c kontrakt, który podpisałem przed trzema dniami, zaraz po opuszczeniu uniwersytetu. Kontrakt z Mi˛edzygwiezdna˛ Słu˙zba˛ Prasowa.˛ Lecz do ukoronowania moich ambicji miałem jeszcze przed soba˛ daleka˛ drog˛e. Gdy˙z tym, czego pragnałem ˛ najbardziej — tak długo i zawzi˛ecie, jak gdyby pragnienie to było wczepiona˛ we mnie z˛ebami i pazurami z˙ ywa˛ istota˛ — była wolno´sc´ . Prawdziwa wolno´sc´ , jaka˛ posiadaja˛ tylko członkowie władz planetarnych — i jedna jedyna grupa zawodowa, czynni członkowie Gildii Mi˛edzygwiezdnej Słu˙zby Prasowej. Ci pracownicy, którzy podpisali przysi˛eg˛e niezawisło´sci i formalnie byli lud´zmi bez własnego s´wiata, co miało gwarantowa´c bezstronno´sc´ kierowanej przez nich Słu˙zby. ´ Swiaty zamieszkane przez ród ludzki były podzielone — tak jak podzieliły si˛e dwie´scie z okładem lat temu — na dwa obozy, jeden utrzymujacy ˛ swa˛ ludno´sc´ na „´scisłych” kontraktach i drugi, wierzacy ˛ w tak zwane kontrakty „lu´zne”. Za ´ s´cisłymi kontraktami opowiadały si˛e Zaprzyja´znione Swiaty Harmonii i Zjednoczenia, Newton, Cassida i Wenus oraz Ceta — du˙zy i nowy s´wiat okra˙ ˛zajacy ˛ Tau ´ Ceti. Po stronie lu´znych znajdowała si˛e Ziemia, Dorsaj, Egzotyczne Swiaty Mary i Kultis, Nowa Ziemia, Freilandia, Mars i niewielki katolicki s´wiat St. Marie. Ró˙zniacym ˛ je czynnikiem był konflikt systemów ekonomicznych — dziedzictwo podzielonej Ziemi, która je pierwotnie skolonizowała. Gdy˙z w naszych czasach istniała tylko jedna waluta mi˛edzyplanetarna — a była nia˛ moneta wysoce wyszkolonych umysłów. Konkurencja była ju˙z zbyt wielka, by pojedyncza planeta mogła pozwoli´c sobie na szkolenie własnych specjalistów, szczególnie w sytuacji, gdy inne s´wiaty wydawały lepszych. Najdoskonalsza nawet edukacja na Ziemi i na jakimkolwiek innym s´wiecie nie mogła wyprodukowa´c zawodowego z˙ ołnierza, który mógłby si˛e równa´c z wytwarzanym na Dorsaj. Nie było lepszych fizyków od fizyków z Newtona ani psychologów nad tych z Exotików, ani poborowych oddziałów zaci˛ez˙ nych równie tanich i niebacznych na straty w ludziach, jak te z Harmonii i Zjednoczenia — i tak dalej. W rezultacie jeden s´wiat szkolił jeden rodzaj czy te˙z typ zawodowca i wymieniał jego usługi z tytułu kontraktu z drugim s´wiatem na kontrakt i usługi jakiegokolwiek innego typu zawodowca, którego potrzebował. Podział mi˛edzy oboma obozami był sztywny, Na „lu´znych” s´wiatach kontrakt człowieka nale˙zał w cz˛es´ci do niego samego. Nikt bez wyra˙zenia zgody nie mógł by´c wymieniony ani sprzedany na inny s´wiat — z wyjatkiem ˛ nagłych przypadków i spraw najwy˙zszej wagi. Na „´scisłych” s´wiatach z˙ ycie jednostki nale˙zało do władz — jej kontrakt mógł by´c sprzedany lub wymieniony ze skutkiem natychmiastowym. Gdy tak si˛e działo, jednostka miała tylko jeden jedyny obowiazek ˛ — 16
a mianowicie uda´c si˛e do pracy tam, gdzie jej kazano. Tak wi˛ec na wszystkich s´wiatach istnieli niewolni i wolni cz˛es´ciowo. Na s´wiatach lu´znych, do których, jak ju˙z wspomniałem, nale˙zała Ziemia, ludzie mego pokroju byli wolni cz˛es´ciowo. Ja jednak pragnałem ˛ pełnej wolno´sci, takiej, jaka˛ zapewnia jedynie członkostwo Gildii. Raz przyj˛ety do Gildii, zyskałbym t˛e wolno´sc´ na zawsze. Gdy˙z kontrakt na moje usługi stałby si˛e własno´scia˛ Słu˙zby Prasowej i tylko jej. ˙ Zaden s´wiat nie mógłby mnie potem sadzi´ ˛ c ani sprzeda´c moich usług wbrew mojej woli jakiej´s innej planecie, której akurat byłby dłu˙zny nadwy˙zk˛e wykwalifikowanej siły roboczej. To prawda, Ziemia, w odró˙znieniu od Newtona, Cassidy, Cety i niektórych innych s´wiatów, dumna była z faktu, i˙z nigdy nie musiała sprzedawa´c na pniu swoich absolwentów uniwersyteckich w zamian za specjalistów z młodszych s´wiatów. Lecz gdyby kiedykolwiek zaszła taka potrzeba, Ziemia miałaby do tego prawo na równi z wszystkimi innymi planetami — a kra˙ ˛zyło wiele opowie´sci o takich przypadkach. Tak wi˛ec moje ambicje i głód wolno´sci, podsycane we mnie przez lata sp˛edzone pod dachem Mathiasa, mogły by´c zaspokojone tylko poprzez dostanie si˛e do Słu˙zby Prasowej. A mimo uniwersyteckich sukcesów, jakiekolwiek by były, wcia˙ ˛z miałem przed soba˛ daleka,˛ trudna˛ i niepewna˛ drog˛e. Nie mogłem sobie pozwoli´c na przeoczenie niczego, co by mi pomogło w jej pokonaniu, a wła´snie za´switało mi w głowie, z˙ e odmowa zobaczenia si˛e z Markiem Torre oznaczałaby odrzucenie szansy takiej pomocy. — Masz racj˛e — odpowiedziałem Lizie — pójd˛e si˛e z nim zobaczy´c. Oczywi´scie, z˙ e si˛e z nim zobacz˛e. Dokad ˛ mam pój´sc´ ? — Zaprowadz˛e ci˛e — rzekła. — Pozwól tylko, z˙ e najpierw zadzwoni˛e. Odsun˛eła si˛e ode mnie na odległo´sc´ kilku kroków i cicho powiedziała co´s przez malutki telefon noszony na palcu serdecznym. Potem podeszła, by zabra´c mnie ze soba.˛ — Co z reszta? ˛ — zapytałem, przypomniawszy sobie o pozostałych uczestnikach naszej wycieczki pozostawionych w sali Katalogu. — Poprosiłam kogo´s, by zajał ˛ si˛e nimi i oprowadził ich dalej — nie patrzac ˛ na mnie odpowiedziała Liza. — T˛edy. Wyj´sciem z holu wprowadziła mnie do małego labiryntu s´wietlnego. Poczat˛ kowo mnie to zdziwiło, ale wkrótce zdałem sobie spraw˛e, z˙ e Mark Torre, jak ka˙zdy człowiek na s´wieczniku, musi by´c bezustannie chroniony przed potencjalnie niebezpiecznymi pomyle´ncami i maniakami. Z labiryntu przeszli´smy do pustego pokoiku i tam si˛e zatrzymali´smy. Pokój ruszył z miejsca — trudno mi powiedzie´c, w którym kierunku — a potem stanał. ˛ — T˛edy — powtórzyła Liza, prowadzac ˛ mnie ku jednej ze s´cian. Pod dotykiem dłoni jeden z jej segmentów odchylił si˛e, otwierajac ˛ nam drog˛e 17
do pokoju umeblowanego jak gabinet, lecz dodatkowo wyposa˙zonego w pulpit sterowniczy, za którym siedział starszy m˛ez˙ czyzna. Poznałem Marka Torre, gdy˙z cz˛esto go widywałem w wiadomo´sciach agencyjnych. Nie wygladał ˛ na swój wiek — przekroczył ju˙z w tym czasie osiemdziesiat˛ k˛e — lecz twarz miał poszarzała˛ ze zm˛eczenia i sprawiał wra˙zenie schorowanego. Ubranie wisiało niczym worek na jego pot˛ez˙ nych ko´sciach, jak gdyby bardzo schudł ostatnimi czasy. Dwie doprawdy niezwykłych rozmiarów dłonie spoczywały bezwładnie na skrawku blatu przed klawiszami konsolety, a ich poszarzałe knykcie były spuchni˛ete i powi˛ekszone przez, jak si˛e pó´zniej dowiedziałem, zapomniana˛ chorob˛e stawów zwana˛ artretyzmem. Kiedy weszli´smy, nie wstał na powitanie, lecz gdy przemówił, głos jego brzmiał zdumiewajaco ˛ czysto i młodo, oczy za´s iskrzyły si˛e ledwie tłumiona˛ rado´scia.˛ Mimo to kazał nam usia´ ˛sc´ i czeka´c, nim po kilku minutach otwarły si˛e drugie drzwi i do pokoju wszedł m˛ez˙ czyzna w s´rednim wieku, którego wyglad ˛ zdradzał pochodzenie z Exotików. Był to Exotik z krwi i ko´sci, o przenikliwych oczach barwy orzechowej i gładkiej, pozbawionej zmarszczek twarzy pod krótko przyci˛etymi białymi włosami, ubrany w takie same bł˛ekitne szaty, jakie miała na sobie Liza. — Panie Olyn — powiedział Mark Torre — to jest Padma, Outbond Mary w Enklawie St. Louis. Wie ju˙z, kim pan jest. — Miło mi. Przywitałem si˛e z Padma.˛ U´smiechnał ˛ si˛e. — Pozna´c pana to dla mnie zaszczyt, Tam Olyn — odparł i usiadł. Jego jasne, orzechowe oczy w z˙ aden sposób nie sprawiały wra˙zenia, by mi si˛e przygladały ˛ — a jednak wprawiały mnie w zakłopotanie. W Padmie nie było nic niezwykłego — i w tym wła´snie cały kłopot. Jego spojrzenie, nawet sposób siedzenia, zdawało si˛e sugerowa´c, z˙ e wie o mnie wszystko, czego tylko mo˙zna si˛e na mój temat dowiedzie´c, i zna mnie lepiej, ni˙zbym tego pragnał ˛ ze strony kogo´s, kogo nie znam równie dobrze. Chocia˙z przez całe lata wyst˛epowałem przeciwko wszystkiemu, co reprezentował mój wuj, w tej chwili poczułem, z˙ e gorycz Mathiasa wobec narodów młodszych s´wiatów kiełkuje i we mnie. Zje˙zyłem si˛e na sama˛ my´sl o rzekomej wy˙zszos´ci Padmy, Outbonda Mary w Enklawie St. Louis na Ziemi. Odwróciłem od niego wzrok i ponownie spojrzałem w bardziej ludzkie, ziemskie oczy Marka Torre. — Skoro ju˙z Padma jest tutaj — rzekł starzec ra´zno, przechylajac ˛ si˛e ku mnie znad klawiszy pulpitu sterowniczego — powiedz nam, jak to wygladało? ˛ Co słyszałe´s? Potrzasn ˛ ałem ˛ głowa,˛ gdy˙z nie sposób było opisa´c, jak to było naprawd˛e. Miliardy głosów mówiacych ˛ jednocze´snie, wszystkie jednakowo wyra´zne — to nie jest mo˙zliwe do wyja´snienia. — Słyszałem głosy — odpowiedziałem. — Mówiace ˛ wszystkie naraz. . . ale 18
ka˙zdy oddzielnie. — Jak wiele głosów? — zapytał Padma. Musiałem spojrze´c na´n znowu. — Wszystkie, jakie tylko istnieja˛ — usłyszałem swoja˛ odpowied´z. Spróbowałem opisa´c to dokładniej. Padma skinał ˛ głowa,˛ lecz kiedy mówiłem, spojrzałem na Marka Torre i ujrzałem, z˙ e znów zatapia si˛e w fotelu, jakby odwracał si˛e ode mnie z zakłopotaniem lub rozczarowaniem. — Tylko. . . głosy? — powiedział na wpół do siebie, kiedy sko´nczyłem opowiada´c. — Jak to. . . tylko? — zdziwiłem si˛e, dotkni˛ety do z˙ ywego. — A co takiego miałem usłysze´c? Co takiego ludzie słysza˛ zazwyczaj? — Za ka˙zdym razem jest inaczej — uspokajajaco ˛ wtracił ˛ głos Padmy spoza pola mego widzenia. Ale za nic nie chciałem na´n spojrze´c. Patrzyłem cały czas na Marka Torre. — Ka˙zdy słyszy co innego. Na to zwróciłem si˛e w kierunku Padmy. — A co takiego pan słyszał? — rzuciłem wyzwanie. U´smiechnał ˛ si˛e z odrobina˛ smutku. — Nic, Tam — odpowiedział. — Tylko ludzie pochodzacy ˛ z Ziemi w ogóle słyszeli cokolwiek — powiedziała ostro Liza, jak gdyby rzecz była oczywista. — A ty? — Ja? Oczywi´scie, z˙ e nie — odparła. — Od samego poczatku ˛ istnienia Projektu nie przewin˛eło si˛e nawet pół tuzina osób, które kiedykolwiek co´s usłyszały. — Mniej ni˙z pół tuzina — powtórzyłem za nia.˛ — Dokładnie pi˛ec´ — powiedziała. — Mark jest oczywi´scie jedna˛ z nich. Co do pozostałej czwórki, to jedna nie z˙ yje, a troje pozostałych — tu zawahała si˛e, przygladaj ˛ ac ˛ mi si˛e natarczywie — si˛e nie nadawało. Brzmiała teraz w jej głosie zupełnie inna nuta, nuta, która˛ słyszałem po raz pierwszy. Ale całkiem o niej zapomniałem, gdy nagle dotarły do mnie liczby, które Liza wymieniła. Tylko pi˛ecioro ludzi w ciagu ˛ czterdziestu lat! Jak cios w splot słoneczny odebrałem wiadomo´sc´ , z˙ e to, co zdarzyło mi si˛e w sali Katalogu, nie było czym´s bez znaczenia. I z˙ e ta chwila z Markiem Torre i Padma równie˙z nie była bez znaczenia, tak dla nich, jak i dla mnie. — Czy˙zby? — spytałem i popatrzyłem na Marka Torre. Z wysiłkiem nadałem głosowi swobodne brzmienie. — Co to w takim razie oznacza, kiedy kto´s co´s usłyszy? Nie odpowiedział mi wprost. Zamiast tego pochylił si˛e do przodu, przy czym jego mroczne stare oczy za´swieciły znowu tym samym blaskiem i wyciagn ˛ ał ˛ do mnie ki´sc´ swej du˙zej prawej dłoni. — Podaj mi r˛ek˛e — powiedział. 19
´ Teraz ja z kolei wyciagn ˛ ałem ˛ r˛ek˛e i chwyciłem jego dło´n. Scisn ał ˛ mocno moja˛ r˛ek˛e i trzymał, przypatrujac ˛ mi si˛e przez długa˛ chwil˛e. Blask w jego oczach powoli przygasał, a˙z w ko´ncu nie zostało po nim ani s´ladu. Wówczas pu´scił mnie, z powrotem zapadajac ˛ si˛e w fotel jak człowiek pokonany. — Nic — powiedział t˛epo, odwracajac ˛ si˛e do Padmy. — W dalszym ciagu. ˛ .. nic. Z pewno´scia˛ co´s by poczuł. . . albo ja bym poczuł. — Mimo to — patrzac ˛ na mnie spokojnie powiedział Padma — on słyszał. Przyszpilił mnie do oparcia krzesła spojrzeniem orzechowych oczu Exotika. — Mark jest przygn˛ebiony, Tam — powiedział — gdy˙z jedyne, czego dos´wiadczyłe´s, to głosy, bez próby przesłania czy porozumienia. — Jakiego przesłania? — dopytywałem. — Jakiego rodzaju porozumienia? — Co do tego — odparł Padma — musiałby´s nas sam obja´sni´c. Popatrzył na mnie tak promiennie, z˙ e poczułem si˛e niewyra´znie, jak jaka´s sowa albo inny ptak, pochwycone smuga˛ reflektora. Narastała we mnie fala gniewu i niech˛eci. — Tak czy owak, nie rozumiem, co to ma wspólnego z panem — powiedziałem. U´smiechnał ˛ si˛e nieznacznie. — Wi˛eksza cz˛es´c´ poparcia finansowego dla Projektu Encyklopedii pochodzi z funduszy Exotików. Powinno by´c dla pana jasne, z˙ e to nie jest nasz Projekt. To Projekt Ziemi. My jedynie poczuwamy si˛e do odpowiedzialno´sci za wszelkie prace zmierzajace ˛ do zrozumienia człowieka przez człowieka, do poznania samego siebie. Co wi˛ecej, mi˛edzy nasza˛ filozofia˛ a Marka istnieje zasadnicza sprzeczno´sc´ . — Sprzeczno´sc´ ? — zapytałem. Nawet wtedy, prosto po studiach, miałem nosa do sensacyjnych wiadomo´sci i nos ten zmarszczył si˛e w oczekiwaniu. Lecz Padma u´smiechnał ˛ si˛e, jakby czytał w moich my´slach. — To z˙ adna rewelacja — oznajmił. — Podstawowa niezgodno´sc´ istniejaca ˛ mi˛edzy nami od samego poczatku. ˛ Mówiac ˛ krótko i w uproszczeniu, my na Exotikach wierzymy, z˙ e człowieka mo˙zna udoskonali´c. Natomiast nasz obecny tu przyjaciel Mark wierzy, z˙ e człowiek z Ziemi — Człowiek Zasadniczy — jest ju˙z od dawna udoskonalony. Lecz dotad ˛ nie był w stanie swej doskonało´sci odkry´c i wykorzysta´c. Popatrzyłem na niego. — Co to ma wspólnego ze mna? ˛ — zapytałem. — I z tym, co słyszałem? — To kwestia tego, dla kogo mo˙zesz by´c u˙zyteczny: dla niego czy dla nas — spokojnie odpowiedział Padma i w jednej sekundzie serce zmroził mi chłód. Gdyby Exotikowie, lub kto´s w rodzaju Marka Torre, zło˙zyli ziemskiemu rza˛ dowi zapotrzebowanie na mój kontrakt, mógłbym z miejsca po˙zegna´c si˛e z nadzieja˛ dostania si˛e do Gildii Słu˙zby Prasowej.
20
— Dla nikogo z was, jak sadz˛ ˛ e — o´swiadczyłem tak beznami˛etnie, jak tylko potrafiłem. — By´c mo˙ze. Zobaczymy — odparł Padma. Podniósł r˛ek˛e ze wskazujacym ˛ palcem skierowanym do góry. — Czy widzisz ten palec, Tam? Spojrzałem na´n, a kiedy tak patrzyłem — palec nagle ruszył w moim kierunku, urastajac ˛ do nienaturalnych rozmiarów i przesłaniajac ˛ soba˛ cały pokój. Po raz drugi tego popołudnia opu´sciłem tu i teraz s´wiata realnego dla miejsca znajduja˛ cego si˛e poza granicami rzeczywisto´sci. Nagle znalazłem si˛e w otoczeniu błyskawic. W zupełnych ciemno´sciach przerzucany byłem z kata ˛ w kat ˛ uderzeniami piorunów. Jak piłk˛e odbijały mnie na odległo´sc´ lat s´wietlnych z jednego kra´nca na drugi jakiego´s niezmierzonego kosmosu, niby element czyich´s tytanicznych zmaga´n. Z poczatku ˛ zmaga´n tych nie rozumiałem. Wreszcie powoli zacz˛eło mi s´wita´c, z˙ e cała ta piorunowa młócka była zaci˛eta˛ walka˛ na s´mier´c i z˙ ycie o zwyci˛estwo nad prastara,˛ ciagle ˛ pogł˛ebiajac ˛ a˛ si˛e ciemno´scia,˛ podj˛eta˛ w odpowiedzi na prób˛e zduszenia i zgaszenia błyskawic. Nie była te˙z wcale walka˛ na o´slep. Teraz rozró˙zniałem ju˙z w bitwie ciemno´sci i piorunów zasadzki i podst˛epy, pora˙zki i odwroty taktyczne, uderzenia i przeciwuderzenia. Wówczas w jednej chwili powróciła mi pami˛ec´ o d´zwi˛ekach wydawanych przez miliardy głosów. Jeszcze raz wezbrały wokół mnie w rytmie błyskawic, by da´c mi klucz do tego widowiska. Nagle, tak jak prawdziwa błyskawica na mgnienie oka rozja´snia okolic˛e na wiele mil dookoła, przebłysk intuicji pokazał mi, co działo si˛e wokół. Była to prowadzona od stuleci walka człowieka o utrzymanie przy z˙ yciu swej rasy oraz utorowanie jej drogi w przyszło´sc´ , nieustanna i za˙zarta wojna, która˛ toczył ten podobny zwierz˛etom i podobny bogom — prymitywny i wyrafinowany — dziki i cywilizowany — ten zło˙zony organizm stanowiacy ˛ rodzaj ludzki walczacy ˛ o przetrwanie i ruch do przodu. Do przodu i w gór˛e, i jeszcze raz w gór˛e, póki nie zostanie osiagni˛ ˛ ete niemo˙zliwe, póki wszystkie bariery nie zostana˛ złamane, wszystkie bolaczki ˛ przezwyci˛ez˙ one, wszystkie umiej˛etno´sci opanowane. Póki nie zginie ciemno´sc´ i wsz˛edzie wokół nie stanie si˛e jasno´sc´ . Te wła´snie odgłosy zmaga´n ciagn ˛ acych ˛ si˛e przez setki stuleci słyszałem w sali Katalogu. Tych samych zmaga´n, które Exotikowie próbowali otoczy´c swa˛ dziwaczna˛ magia˛ nauk psychologicznych i filozoficznych. Wła´snie po to, by je przynajmniej zaznaczy´c na mapie minionych stuleci istnienia ludzko´sci, zaprojektowano Encyklopedi˛e, tak aby s´cie˙zka prowadzaca ˛ w przyszło´sc´ człowieka mogła by´c wytyczona na drodze konkretnych oblicze´n. To wła´snie kierowało Padma˛ i Markiem Torre — i wszystkimi innymi, ze mna˛ włacznie. ˛ Gdy˙z ka˙zda istota ludzka była pochłoni˛eta wirem masy swych bli´znich zwartych w s´miertelnym u´scisku, i nikt nie mógł przej´sc´ oboj˛etnie obok toczacej ˛ si˛e walki na s´mier´c i z˙ ycie. Ka˙zdy z nas z˙ yjacych ˛ w danym momencie brał w niej 21
udział jako jej czynnik albo jako jej igraszka. Lecz pomy´slawszy o tym, nagle u´swiadomiłem sobie, z˙ e nie jestem tylko igraszka˛ tej bitwy. Byłem czym´s wi˛ecej — siła,˛ która mo˙ze wzia´ ˛c udział w walce, ewentualnym panem przebiegu jej działa´n. Wówczas po raz pierwszy ujałem ˛ w dłonie najbli˙zsze błyskawice i jałem ˛ próbowa´c wprawia´c je w ruch, obraca´c i kierowa´c ich poruszeniami, naginajac ˛ je do mych własnych celów i pragnie´n. Mimo to rzucało mna˛ wcia˙ ˛z jak piłka˛ na odległo´sci nie dajace ˛ si˛e przewidzie´c. Lecz nie byłem ju˙z statkiem bezwolnie miotanym po targanym sztormem morzu, raczej statkiem płynacym ˛ ostro pod wiatr, wykorzystujacym ˛ jego sił˛e do halsowania. I w tej wła´snie chwili ogarn˛eło mnie poczucie pot˛egi i mocy. Gdy˙z błyskawice były posłuszne moim dłoniom, a ich bezwładny przedtem ruch układał si˛e zgodnie z ma˛ wola.˛ Przenikało mnie owo nie dajace ˛ si˛e opisa´c poczucie zawartej we mnie nieujarzmionej siły. I wreszcie przyszło mi do głowy, z˙ e nigdy nie byłem jednym z tych pomiatanych i poniewieranych przez los. Zawsze byłem je´zd´zcem i Mistrzem. I posiadałem dar kształtowania, przynajmniej w cz˛es´ci, wszystkiego, czego dotknałem ˛ w bitwie ciemno´sci i błyskawic. Dopiero wtedy u´swiadomiłem sobie wreszcie istnienie innych, podobnych mi ludzi. Tak samo jak ja byli je´zd´zcami i Mistrzami. Oni tak˙ze je´zdzili na burzy, która˛ stanowiła pozostała cz˛es´c´ walczacej ˛ masy ludzko´sci. W jednej sekundzie znajdowali´smy si˛e w tym samym miejscu, w nast˛epnej rozdzielały nas niezmierzone eony. Ale widziałem ich. I oni mnie widzieli. I stałem si˛e s´wiadomy faktu, z˙ e wołaja˛ do mnie, wzywajac, ˛ bym nie walczył sam na własna˛ r˛ek˛e, lecz połaczył ˛ si˛e z nimi we wspólnym wysiłku doprowadzenia bitwy do jakiego´s przyszłego rozstrzygni˛ecia i do uporzadkowania ˛ chaosu. Jednak˙ze cała moja natura buntowała si˛e we mnie przeciw ich wezwaniom. Zbyt długo byłem pomiatany i upokarzany. Zbyt długo byłem bezbronna˛ ofiara˛ błyskawic. Dzi´s, oddany dzikiej rado´sci uje˙zd˙zania tam, gdzie dotad ˛ mnie uje˙zd˙zano, chełpiłem si˛e moja˛ pot˛ega.˛ Nie dbałem o wspólny wysiłek, który mógł w konsekwencji doprowadzi´c do zawarcia pokoju. Pragnałem ˛ tylko, z˙ eby upajajace ˛ wirowanie i falowanie konfliktu szło jak furia pode mna,˛ dosiadajacym ˛ jego grzbietu. Dawniej ujarzmiony i zakuty w kajdany ciemno´sci przez mojego wuja, dzi´s byłem wolny i byłem Mistrzem. Nic nie skłoni mnie do powtórnego zało˙zenia kajdanów. Rozpostarłem szeroko ma˛ władz˛e nad błyskawicami i poczułem, z˙ e władza ta staje si˛e coraz szersza i pot˛ez˙ niejsza, i jeszcze szersza, i jeszcze pot˛ez˙ niejsza. Nagle znalazłem si˛e z powrotem w biurze Marka Torre. Mark przygladał ˛ mi si˛e z twarza˛ nieruchoma˛ jak drewniana rze´zba. Liza tak˙ze spogladała ˛ z pobladła˛ twarza˛ w moim kierunku. A na wprost mnie siedział Padma i patrzył mi w oczy tak samo bez wyrazu jak poprzednio. — Nie — powiedział powoli. — Masz racj˛e, Tam. Nie przydasz si˛e nam do pomocy przy Encyklopedii. 22
Od strony Lizy dał si˛e słysze´c nikły d´zwi˛ek, ciche sapni˛ecie, niemal niesłyszalny krzyk bólu. Ale szybko zagłuszyło go chrzakni˛ ˛ ecie Marka Torre, przypominajace ˛ pomruk s´miertelnie rannego nied´zwiedzia, osaczonego, lecz ju˙z odwracajacego ˛ si˛e, by powsta´c na tylne łapy i stana´ ˛c twarza˛ w twarz ze swymi prze´sladowcami. — Nie przyda si˛e? — zapytał. Wyprostował si˛e za biurkiem i odwrócił do Padmy. Jego opuchni˛eta prawa dło´n opadła na stół s´ci´sni˛eta w du˙za,˛ ziemi´scie szara˛ pi˛es´c´ . — On musi si˛e przyda´c! Min˛eło ju˙z dwadzie´scia lat, odkad ˛ po raz ostatni kto´s co´s usłyszał w sali Katalogu — a ja si˛e starzej˛e! — Słyszał tylko głosy. Ale nie wzbudziło to w nim specjalnego entuzjazmu. Nic nie czułe´s, kiedy go dotknałe´ ˛ s — odrzekł Padma. Mówił z rezerwa,˛ przyciszonym głosem, słowa wychodziły z jego ust jedno za drugim, jak z˙ ołnierze na defiladzie. — A to dlatego, z˙ e jest pusty w s´rodku. Nie umie identyfikowa´c si˛e ze swoimi bli´znimi. Ma cały potrzebny mechanizm, ale brak mu empatii — nie ma dołaczonego ˛ z´ ródła zasilania. — Mo˙zesz go doprowadzi´c do porzadku! ˛ Niech to szlag! — Głos starego człowieka rozbrzmiewał jak ko´scielne dzwony, lecz skrywał przy tym chrypliwa,˛ niemal płaczliwa˛ nut˛e. — Na Exotikach mo˙zesz go wyleczy´c! Padma potrzasn ˛ ał ˛ głowa.˛ — Nie — odparł. — Nikt nie jest mu w stanie pomóc oprócz niego samego. Nie jest chory ani kaleki. Nie zda˙ ˛zył si˛e tylko rozwina´ ˛c. Musiał kiedy´s za młodu odwróci´c si˛e od ludzi i zabładzi´ ˛ c do ciemnej i odludnej doliny własnego umysłu. Z upływem lat dolina stawała si˛e coraz gł˛ebsza, ciemniejsza i w˛ez˙ sza, a˙z doszło do tego, i˙z dzi´s oprócz niego nikt si˛e ju˙z w niej nie mo˙ze zmie´sci´c, by pomóc ˙ mu si˛e wydosta´c. Zaden człowiek nie jest w stanie przeby´c tej doliny i pozosta´c przy z˙ yciu — by´c mo˙ze nawet on sam. Lecz dopóki tego nie uczyni i nie opu´sci jej drugim ko´ncem, nie nadaje si˛e ani dla ciebie, ani dla Encyklopedii, a wi˛ec i dla wszystkiego, co ona reprezentuje dla ludzi z Ziemi i skadin ˛ ad. ˛ Nie tylko nie nadaje si˛e, ale nawet nie przyjałby ˛ od ciebie tej pracy, gdyby´s mu ja˛ ofiarowywał. Spójrz tylko na niego! Przez cały ten czas nacisk jego spojrzenia, powolny i jednostajny sposób wysławiania si˛e, przypominajacy ˛ wrzucanie kamyczków do spokojnej acz bezdennej toni, trzymały mnie jak sparali˙zowanego, nawet wtedy gdy mówił o mnie jak o kim´s nieobecnym. Lecz ledwie przebrzmiały trzy ostatnie słowa, wywierany przez niego nacisk ustał i znów odnalazłem w sobie zdolno´sc´ mówienia. — Zahipnotyzowałe´s mnie! — rzuciłem si˛e na niego. — Wcale ci nie dawałem zezwolenia, by mnie wprowadza´c w. . . z˙ eby mnie poddawa´c badaniu psychoanalitycznemu. Padma potrzasn ˛ ał ˛ głowa.˛ — Nikt ci˛e nie zahipnotyzował — odparł. — Po prostu otworzyłem ci okno 23
na twoja˛ własna˛ s´wiadomo´sc´ wewn˛etrzna.˛ I wcale ci˛e nie psychoanalizowałem. — Co to w takim razie było? — ustapiłem, ˛ nagle pełen rozwagi. — Cokolwiek widziałe´s lub czułe´s — powiedział — była to twoja s´wiadomo´sc´ i uczucia, przetłumaczone na twoje własne symbole. A jak one wygladały, ˛ nie mam poj˛ecia. . . ani sposobu, by si˛e o tym przekona´c, je´sli sam mi o tym nie powiesz. — Jak w takim razie dowiedziałe´s si˛e tego, cokolwiek by to było, co pomogło ci podja´ ˛c decyzj˛e? — Od ciebie — odpowiedział. — Z twojego wygladu, ˛ zachowania, głosu, kiedy teraz do mnie mówisz. Z tuzina innych nie´swiadomych sygnałów. To one powiedziały mi wszystko. Istota ludzka porozumiewa si˛e całym swoim ciałem i jestestwem, nie tylko głosem czy wyrazem twarzy. — Nie wierz˛e w to! — wybuchnałem ˛ i wtem moja w´sciekło´sc´ ostygła równie nagle, jak powróciła mi rozwaga razem z prze´swiadczeniem, z˙ e z pewno´scia˛ istnieja˛ jakie´s podstawy do tego, by mu nie wierzy´c, nawet je´sli w tej chwili nie mog˛e sobie ich uzmysłowi´c. — Nie wierz˛e w to — powtórzyłem, spokojniej ju˙z i chłodniej. — Za twoja˛ decyzja˛ z pewno´scia˛ przemawia co´s wi˛ecej. — Tak — odpowiedział. — Rzeczywi´scie. Miałem mo˙zno´sc´ sprawdzenia na miejscu archiwów. Twoje dane osobiste, tak jak dane ka˙zdego z˙ yjacego ˛ obecnie Ziemianina, sa˛ ju˙z umieszczone w Encyklopedii. Przejrzałem je przed przyj´sciem. — Jeszcze — powiedziałem nieubłaganie, gdy˙z poczułem, z˙ e zmusiłem go do odwrotu. — Jest w tym jeszcze co´s wi˛ecej. Ja to widz˛e. Ja to wiem! — Tak — odparł Padma i cicho westchnał. ˛ — Przypuszczam, z˙ e zaszedłszy tak daleko, powiniene´s wiedzie´c. W ka˙zdym razie i tak wkrótce sam by´s si˛e domys´lił. — Podniósł wzrok, by spojrze´c mi prosto w oczy, lecz tym razem stwierdziłem, z˙ e mog˛e stawi´c mu czoło bez z˙ adnego poczucia ni˙zszo´sci. — Tak si˛e składa, Tam — powiedział — z˙ e jeste´s tym, kogo nazywamy Izolatem, rzadko spotykana˛ siła˛ kardynalna˛ w postaci pojedynczego osobnika — siła˛ kardynalna˛ we wzorcu ewolucyjnym społecze´nstwa ludzkiego, nie tylko na Ziemi, ale na wszystkich czternastu s´wiatach, na ich drodze ku przyszło´sci człowieka. Jeste´s człowiekiem obdarzonym przera˙zajac ˛ a˛ zdolno´scia˛ wpływania na owa˛ przyszło´sc´ — w kierunku dobrym lub złym. Przy tych słowach moje dłonie przypomniały sobie dotyk błyskawic. Z zapartym tchem czekałem, by usłysze´c co´s jeszcze. Lecz na tym sko´nczył. — I. . . — ponagliłem go wreszcie cierpko. — Nie ma z˙ adnego „I”. To ju˙z wszystko, co mo˙zna o tym powiedzie´c! Słyszałe´s kiedy´s o ontogenetyce? Potrzasn ˛ ałem ˛ głowa.˛ — Tak si˛e nazywa jedna z naszych egzotycznych technik obliczeniowych — powiedział. — Mówiac ˛ w skrócie, istnieje ustawicznie rozwijajacy ˛ si˛e wzorzec zdarze´n, który obejmuje wszystkie z˙ yjace ˛ istoty ludzkie. Pragnienia i da˙ ˛zenia tych 24
jednostek determinuja˛ w swojej masie kierunek wzrostu wzorca w przyszło´sci. Jednak˙ze, znów tylko jako jednostki, prawie wszyscy ludzie sa˛ bardziej przedmiotem oddziaływania, ni˙z sami oddziałuja˛ efektywnie na wzorzec. Tu przerwał i spojrzał na mnie, jak gdyby pytajac, ˛ czy nada˙ ˛zam za tokiem jego rozumowania. Nada˙ ˛załem — i to jak! Ale nie miałem zamiaru powiedzie´c mu o tym. — Mów dalej — poprosiłem. — Jedynie od czasu do czasu u rzadko spotykanych jednostek — kontynuował — stwierdzamy szczególna˛ kombinacj˛e czynników osobowo´sci i pozycji jednostki we wzorcu, które razem wzi˛ete czynia˛ je niewyobra˙zalnie bardziej efektywnymi ni˙z ich towarzysze. Gdy to si˛e zdarza, tak jak w twoim wypadku, mamy Izolata, osobowo´sc´ kardynalna,˛ kogo´s, kto ma wszelka˛ swobod˛e oddziaływania na wzorzec, podczas gdy sam jest przedmiotem oddziaływania tylko w relatywnie małym stopniu. Znów si˛e zatrzymał. I tym razem skrzy˙zował ramiona. Tym gestem ostatecznie zako´nczył wykład, a ja odetchnałem ˛ gł˛eboko, by uspokoi´c rozszalałe serce. — A wi˛ec — powiedziałem — mam wszystkie te cechy, a mimo to nie chcecie wzia´ ˛c mnie do tego, do czego jestem wam potrzebny, cokolwiek by to było? — Mark chce, z˙ eby´s w ko´ncu przejał ˛ od niego, jako Nadzorca, budow˛e Encyklopedii — powiedział Padma. — Podobnie jak my z Exotików. Gdy˙z Encyklopedia jest narz˛edziem, którego cel i zastosowanie po oddaniu do u˙zytku potrafia˛ w pełni poja´ ˛c tylko nieliczne jednostki. A koncepcja ta mo˙ze by´c nieustannie tłumaczona w ogólnie dost˛epnych kategoriach tylko przez jednostk˛e wyjatkow ˛ a.˛ Bez Marka albo kogo´s do´n podobnego, kto by doprowadził jej budow˛e przynajmniej do punktu, w którym zostanie przeniesiona w przestrze´n kosmiczna,˛ szary człowiek utraci wizj˛e mo˙zliwo´sci Encyklopedii po jej uko´nczeniu. Praca nad nia˛ doprowadzi do nieporozumie´n i frustracji. Najpierw zwolni tempo, potem wymknie si˛e spod kontroli, by w ko´ncu lec w gruzach. — Przerwał i spojrzał na mnie surowo. — Encyklopedia nigdy nie zostanie zbudowana — rzekł — je´sli nie znajdzie si˛e nast˛epca Marka. A bez niej człowiek zrodzony na Ziemi wymrze i zaniknie. A gdy ziemskiego człowieka zabraknie, ludzkie szczepy na innych planetach moga˛ si˛e okaza´c niezdolne do z˙ ycia. Ale nic z tych rzeczy ci˛e nie obchodzi, prawda? Gdy˙z to wła´snie ty nas nie potrzebujesz, a nie odwrotnie. Mierzył mnie przez cały pokój oczyma płonacymi ˛ orzechowym ogniem. — Bo nie potrzebujesz nas — powtórzył wolno — prawda, Tam? Strzasn ˛ ałem ˛ z siebie ci˛ez˙ ar jego spojrzenia. Lecz w tej samej chwili zrozumiałem, do czego zmierza, i przyznałem mu racj˛e. Przez mgnienie oka ujrzałem si˛e siedzacego ˛ za konsoleta,˛ przykutego do niej poczuciem obowiazku ˛ a˙z po kres swoich dni. Nie, nie potrzebowałem ani ich, ani ich posad w Encyklopedii czy gdziekolwiek indziej. Nie potrzebowałem nic z tych rzeczy. Czy˙z pracowałem tak ci˛ez˙ ko i długo, chcac ˛ uciec od Mathiasa, po to tylko, 25
by rzuci´c wszystko i zosta´c niewolnikiem ludzi bezradnych — tych wszystkich w ogromnej masie rodzaju ludzkiego, którzy byli zbyt słabi, by na własna˛ r˛ek˛e stoczy´c bitw˛e z błyskawicami? Czy˙z powinienem zaprzepa´sci´c własne widoki na przyszła˛ wolno´sc´ i pot˛eg˛e w zamian za mglista˛ obietnic˛e wolno´sci dla nich — by´c mo˙ze kiedy´s — dla nich, którzy nie potrafili sami zasłu˙zy´c na t˛e wolno´sc´ , tak jak ja potrafiłem zasłu˙zy´c na swoja˛ i zasłu˙zyłem? Nie, nie miałem zamiaru. Ani mi si˛e s´niło mie´c cokolwiek wspólnego z Markiem Torre albo jego Encyklopedia.˛ — Nie! — powiedziałem szorstko. Markowi Torre zagrzechotało co´s cicho w krtani, niczym zamierajace ˛ echo wydanego wcze´sniej nied´zwiedziego pomruku. — Nie. To prawda — przytaknał ˛ Padma. — Widzisz, tak jak mówiłem, nie masz w sobie empatii. . . nie masz duszy. — Duszy? — zapytałem. — A co to takiego? — Czy˙z mog˛e s´lepemu od urodzenia opisa´c kolor złota? — Jego błyszczacy ˛ wzrok spoczał ˛ na mnie. — Dowiesz si˛e, co to takiego, je´sli ja˛ znajdziesz — ale znajdziesz ja˛ tylko wtedy, gdy b˛edziesz w stanie utorowa´c sobie drog˛e przez dolin˛e, o której mówiłem. Je´sli wyjdziesz z niej cało, by´c mo˙ze w ko´ncu odnajdziesz swa˛ ludzka˛ dusz˛e. Dowiesz si˛e, co to takiego, kiedy ja˛ znajdziesz. — Dolina — powtórzyłem jak echo. — Jaka dolina? — Sam wiesz, Tam — powiedział spokojniej ju˙z Padma. — Sam wiesz lepiej ode mnie. Taka dolina umysłu i ducha, gdzie wszystkie tkwiace ˛ w tobie niepowtarzalne zdolno´sci twórcze sa˛ teraz. . . spaczone i wykrzywione. . . obrócone na u˙zytek zniszczeniu. ´ NISZCZYC! Głosem mojego wuja, rozbrzmiewajac ˛ jak grom w uszach mojej pami˛eci, zadudnił ulubiony cytat Mathiasa z pism Waltera Blunta. Nagle, niby wydrukowane ognistymi zgłoskami na wewn˛etrznej powierzchni mojej czaszki, ujrzałem olbrzymie mo˙zliwo´sci, które słowo to otwierało przede mna˛ na s´cie˙zce, jaka˛ chciałem kroczy´c! I oto, bez ostrze˙zenia, w gł˛ebi duszy poczułem si˛e tak, jakbym rzeczywi´scie znalazł si˛e w dolinie, o której mówił Padma. Po obu stronach wyrosły przede mna˛ wysokie, czarne s´ciany. Prosta jak strzelił i waska ˛ była moja droga — i prowadziła coraz ni˙zej. Nagle zdjał ˛ mnie l˛ek przed czym´s niby z najgł˛ebszej gł˛ebiny, niewidocznym w rozpo´scierajacych ˛ si˛e za nia˛ najgł˛ebszych ciemno´sciach, jakim´s czarniejszym-ni˙z-czer´n poruszeniem amorficznego z˙ ycia, czatujacego ˛ tam na mnie. Lecz jeszcze w tej samej chwili, w której wzdrygnałem ˛ si˛e na sama˛ my´sl o tym, skad´ ˛ s tam wewnatrz ˛ mnie wykiełkowała wielka, nieuchwytna jak cie´n, lecz ogromna rado´sc´ ze spotkania. Wówczas niby d´zwi˛ek zm˛eczonego dzwonu wiszacego ˛ wysoko, wysoko nade mna,˛ dobiegł mnie głos Marka Torre, ochryple i ze smutkiem mówiacego ˛ do Padmy.
26
— Nie mamy wi˛ec z˙ adnej szansy? Nie mo˙zemy nic zrobi´c? A je´sli on nigdy nie wróci do nas i do Encyklopedii? — Mo˙zesz tylko czeka´c. . . i mie´c nadziej˛e — odpowiedział Padma. — Je´sli b˛edzie w stanie pój´sc´ dalej, zej´sc´ na sarno dno i zwyci˛ez˙ y´c to, co dla siebie tam stworzył, oraz uj´sc´ z tego cało, by´c mo˙ze wróci. Ale wybór mi˛edzy piekłem a niebem nale˙zy do niego, tak jak i do nas wszystkich. Tylko z˙ e jego wybory wi˛ecej wa˙za˛ od naszych. Słowa te odbiły si˛e, jak groch o s´cian˛e, od moich uszu, wywołujac ˛ d´zwi˛ek podobny do uderzenia zimnego deszczu o jaka´ ˛s nieczuła˛ powierzchni˛e, kamie´n lub beton. Poczułem nagle ogromna˛ potrzeb˛e ucieczki od nich wszystkich, usuni˛ecia si˛e w samotno´sc´ i przemy´slenia zaszłych wydarze´n. Ci˛ez˙ ko podniosłem si˛e z krzesła. — Któr˛edy do wyj´scia? — zapytałem t˛epo. — Lizo. . . — poprosił ze smutkiem Mark Torre. — T˛edy — zwróciła si˛e do mnie. Stała przez chwil˛e naprzeciw mnie z twarza˛ pobladła,˛ ale bez wyrazu. Wreszcie odwróciła si˛e i poszła przodem. Tak wi˛ec wyprowadziła mnie z tego pokoju i powiodła z powrotem droga,˛ która˛ przyszli´smy. Na dół przez labirynt s´wietlny, pokoje i korytarze Projektu Encyklopedii Finalnej i wreszcie do zewn˛etrznego holu Enklawy, gdzie po raz pierwszy spotkała si˛e z nasza˛ grupa.˛ Przez cała˛ drog˛e nie wypowiedziała ani jednego słowa. Lecz kiedy miałem ju˙z odej´sc´ , nieoczekiwanie powstrzymała mnie, kładac ˛ r˛ek˛e na ramieniu. Odwróciłem si˛e, by stawi´c jej czoło. — Jestem tu zawsze — powiedziała. I ku mojemu zdziwieniu ujrzałem, z˙ e jej brazowe ˛ oczy sa˛ pełne łez. — Nawet gdyby nie było nikogo innego — jestem tu zawsze! Potem okr˛eciła si˛e na pi˛ecie i niemal uciekła. Popatrzyłem w s´lad za nia,˛ nieoczekiwanie wstrza´ ˛sni˛ety. Lecz tak wiele przydarzyło mi si˛e w ciagu ˛ ostatniej godziny, z˙ e nie miałem ani czasu, ani ochoty dochodzi´c dlaczego, ani te˙z domys´la´c si˛e, co takiego kryło si˛e pod dumnymi słowami dziewczyny, wtórujacymi ˛ jak echo jej wcze´sniejszej zagadkowej wypowiedzi. Wróciłem metrem do St. Louis i złapałem powrotny wahadłowiec do Aten. Po drodze wiele rozmy´slałem. Tak byłem podniecony swoimi my´slami, z˙ e wszedłem do domu wuja i wmaszerowałem prosto do biblioteki, zanim zorientowałem si˛e, i˙z sa˛ w niej ludzie. Nie tylko mój wuj w wysokim fotelu klubowym, ze stara˛ oprawna˛ w skór˛e ksia˙ ˛zka˛ le˙zac ˛ a˛ grzbietem do góry na jego kolanach, i nie tylko moja siostra, która widocznie wróciła przede mna˛ i teraz stała z boku w odległo´sci trzech metrów, z twarza˛ zwrócona˛ w kierunku Mathiasa. W pokoju znajdował si˛e tak˙ze szczupły, ciemnowłosy młody m˛ez˙ czyzna, kilka centymetrów ni˙zszy ode mnie. Pi˛etno berberyjskich przodków wyci´sni˛ete na jego 27
twarzy było oczywiste dla ka˙zdego, kto tak jak ja musiał studiowa´c na uczelni pochodzenie etniczne człowieka. Ubrany całkiem na czarno, z czarnymi włosami obci˛etymi krótko nad czołem, stał wyprostowany jak ostrze miecza wyj˛ete z pochwy i postawione na sztorc. Był to nieznajomy, którego widziałem rozmawiajacego ˛ z Eileen. I znowu wezbrała we mnie mroczna rado´sc´ obiecanego spotkania w gł˛ebinach doliny. Gdy˙z oto nadarzała si˛e pierwsza szansa zrobienia u˙zytku z mego dopiero co odkrytego daru rozumienia sytuacji i z mojej siły.
Rozdział 4 Był to plac boju. Wiele odkry´c, które poczyniłem w siedzibie błyskawic, zda˙ ˛zyło si˛e ju˙z do tej pory właczy´ ˛ c w s´wiadome funkcje mego umysłu. Jednak niemal natychmiast ta nowa dla mnie ostro´sc´ percepcji została przez chwil˛e zakłócona poczuciem osobistego zaanga˙zowania w rozwój sytuacji. Pobladła Eileen po´swi˛eciła memu pojawieniu si˛e przelotne spojrzenie, lecz zaraz potem powróciła wzrokiem do Mathiasa, który siedział nie okazujac ˛ strachu ani zakłopotania. Jego pozbawiona wszelkiego wyrazu twarz, która dzi˛eki krzaczastym brwiom i g˛estym włosom, wcia˙ ˛z jeszcze jednolicie czarnym mimo dawno przekroczonej pi˛ec´ dziesiatki, ˛ przybrała kształt winnego serduszka, była jak zwykle chłodna i beznami˛etna. On równie˙z popatrzył na mnie zdawkowo, zanim odwrócił si˛e, by stawi´c czoło wzburzonemu spojrzeniu Eileen. — Mówi˛e jedynie — rzekł do niej — z˙ e nie widz˛e powodu, by´s musiała si˛e fatygowa´c i pyta´c mnie o zdanie. Nigdy nie nakładałem na ciebie ani na Tama z˙ adnych ogranicze´n. Zrobisz to, na co b˛edziesz miała ochot˛e. Zacisnał ˛ palce na ksia˙ ˛zce, jak gdyby miał ja˛ podnie´sc´ i wróci´c do przerwanej lektury. — Powiedz mi, co ja mam robi´c! — krzykn˛eła Eileen. Zbierało jej si˛e na płacz i zaci´sni˛ete w pi˛es´ci dłonie trzymała sztywno po bokach. — Nie ma najmniejszego sensu, bym mówił ci, co masz robi´c — odpowiedział Mathias z dystansem. — Cokolwiek uczynisz, nie sprawisz tym z˙ adnej ró˙znicy ani mnie, ani sobie, ani nawet temu oto młodemu człowiekowi. . . — Tu przerwał i odwrócił si˛e do mnie. — Och, skoro tu jeste´s, Tam. . . Eileen zapomniała ci˛e przedstawi´c. Nasz go´sc´ to pan Jamethon Black, z Harmonii. — Przodownik roty Black — rzekł młodzieniec, obracajac ˛ ku mnie szczupła˛ twarz bez wyrazu. — Pełni˛e tu obowiazki ˛ attache. Wówczas udało mi si˛e rozpozna´c, skad ˛ pochodził. Wywodził si˛e z jednego ze s´wiatów, nazywanych z kwa´snym humorem przez ludy innych planet — Zaprzyja´znionymi. Powinien zatem nale˙ze´c do owych religijnych gorliwców sparta´nskiego usposobienia, którymi te s´wiaty były zaludnione. Dziwnym trafem, który wówczas wydawał mi si˛e jeszcze dziwniejszy, spo´sród setek wszelkiego rodza29
ju typów społeczno´sci ludzkich, które wzi˛eły poczatek ˛ na młodszych planetach (obok typu z˙ ołnierskiego s´wiata Dorsaj, typu filozoficznego Exotików i ufaja˛ cych w nauki s´cisłe ludów Newton i Wenus), wła´snie społecze´nstwo religijnych fanatyków oka˙ze si˛e jedna˛ z kilku odr˛ebnych wielkich kultur odłamkowych, które kwitnacym ˛ rozwojem wyró˙zniały si˛e po´sród ludzkich kolonii pomi˛edzy gwiazdami. Bo te˙z i byli odr˛ebna˛ kultura˛ odłamkowa.˛ Nie kultura˛ z˙ ołnierzy, cho´c w tej roli ˙ dwana´scie pozostałych s´wiatów widywało ich najcz˛es´ciej. Zołnierzami byli Dorsajowie — ludzie wojny do szpiku ko´sci. Zaprzyja´znieni byli lud´zmi Po´swi˛ecenia — nawet je´sli było to po´swi˛ecenie spod znaku umartwienia i włosiennicy — którzy oddawali w najem samych siebie, gdy˙z ich pozbawione bogactw naturalnych s´wiaty niewiele wi˛ecej miały do zaoferowania jako eksport na pokrycie ludzkich bilansów kontraktowych, które pozwalały wynajmowa´c niezb˛ednych specjalistów z innych planet. Niewielki był zbyt na kaznodziejów — a to jedyny plon, który Zaprzyja´znieni zbierali z lichej, kamienistej gleby. Lecz potrafili pociaga´ ˛ c za spust i wykonywa´c rozkazy — do ostatniego człowieka. I byli tani. Starszy Bright, Pierwszy nad Rada˛ Ko´sciołów rzadz ˛ ac ˛ a˛ Harmonia˛ i Zjednoczeniem, mógł przelicytowa´c atrakcyjnos´cia˛ oferty ka˙zdy inny rzad, ˛ trudniacy ˛ si˛e dostawa˛ najemników. Z jednym tylko zastrze˙zeniem — mniejsza o umiej˛etno´sci bojowe tych najemników. Prawdziwym wojennym ludem byłi Dorsajowie. Or˛ez˙ bitewny był w ich dłoniach posłusznym narz˛edziem i pasował do nich jak ulał. Tymczasem przeci˛etny z˙ ołnierz z Zaprzyja´znionych brał do r˛eki karabin tak, jak bierze si˛e motyk˛e albo siekier˛e — narz˛edzia, którymi nale˙zy włada´c na chwał˛e swego ludu i swego Ko´scioła. Zatem znajacy ˛ si˛e na rzeczy twierdzili, i˙z to Dorsaj dostarcza czternastu s´wiatom z˙ ołnierza. Zaprzyja´znieni za´s dostarczaja˛ mi˛eso armatnie. Wówczas jednak˙ze daleki byłem od tego typu rozwa˙za´n. W owej chwili jedyna˛ moja˛ reakcja˛ na widok Jamethona Blacka było stwierdzenie, kim jest. Po ciemnej tonacji jego powierzchowno´sci, po nieruchomo´sci rysów twarzy, trzymaniu si˛e na dystans i jakiej´s aurze niedosi˛ez˙ no´sci, podobnej do roztaczanej przez Padm˛e — po tym wszystkim z łatwo´scia˛ rozpoznałem, jeszcze nim mi go wuj przedstawił, reprezentanta wy˙zszej rasy rodem z młodszych s´wiatów. Jednej z tych, którym, jak to nam Mathias zawsze udowadniał, ziemski człowiek nie był w stanie dotrzyma´c kroku. Lecz nienaturalne wyczulenie, wywołane w czasie do´swiadczenia w Projekcie Encyklopedii, zjawiło si˛e znowu, i z ta˛ sama˛ mroczna˛ rado´scia˛ wewn˛etrzna˛ skonstatowałem, z˙ e istnieja˛ jeszcze inne sposoby rywalizacji oprócz dotrzymywania kroku. — . . . przodownik roty Black — mówił Mathias — był słuchaczem wieczorowych kursów historii Ziemi na Uniwersytecie Genewskim, tych samych, na które ucz˛eszczała Eileen. Poznali si˛e oboje około miesiaca ˛ temu. Dzi´s twoja siostra 30
twierdzi, i˙z chciałaby go po´slubi´c, i gdy pod koniec tygodnia zostanie przeniesiony na rodzinna˛ planet˛e, przenie´sc´ si˛e z nim na Harmoni˛e. — Mathias przeniósł wzrok na Eileen. — Oczywi´scie powiedziałem jej, z˙ e wybór nale˙zy do niej — doko´nczył. — Ale ja prosz˛e, z˙ eby mi kto´s pomógł. . . pomógł podja´ ˛c słuszna˛ decyzj˛e! — wybuchn˛eła Eileen z˙ ało´snie. Mathias potrzasn ˛ ał ˛ z wolna głowa.˛ — Mówiłem ci — rzekł ze zwykłym sobie, pozbawionym wszelkiej ja´sniejszej nuty spokojem w głosie — z˙ e decydowa´c nie ma o czym. To, jaka˛ podejmiesz decyzj˛e, nie ma z˙ adnego znaczenia. Wyjd´z za tego m˛ez˙ czyzn˛e. . . albo nie wychod´z. W ostatecznym rozrachunku nie b˛edzie to miało z˙ adnego znaczenia ani dla ciebie, ani dla nikogo innego. Ty mo˙zesz hołdowa´c absurdalnemu mniemaniu, i˙z to, co zadecydujesz, mo˙ze wpłyna´ ˛c na bieg wydarze´n. Co do mnie. . . nie mam zamiaru. . . i poniewa˙z ja pozostawiam ci swobod˛e post˛epowania wedle własnego widzimisi˛e, tudzie˙z zabawy w podejmowanie decyzji, nalegam, by´s i ty pozostawiła mi swobod˛e post˛epowania wedle mojego widzimisi˛e i nie anga˙zowała mnie w z˙ adne takie farsy. Wygłosiwszy te słowa, podniósł ksia˙ ˛zk˛e, jak gdyby w gotowo´sci do ponownego rozpocz˛ecia lektury. Po policzkach Eileen zacz˛eły spływa´c łzy. — Ale ja nie wiem. . . nie wiem, co mam ze soba˛ zrobi´c! — zachłystywała si˛e. — W takim razie nie rób nic — odrzekł nasz wuj, odwracajac ˛ stronic˛e ksia˙ ˛zki. — Tak czy inaczej, to jedyny sposób post˛epowania godny cywilizowanego człowieka. Nie ruszajac ˛ si˛e z miejsca, zacz˛eła cichutko popłakiwa´c. I przemówił do niej Jamethon Black. — Eileen — rzekł, a ona odwróciła si˛e do niego. Mówił niskim, spokojnym głosem, z lekkimi naleciało´sciami odmiennego rytmu frazowania. — Czy chcesz wyj´sc´ za mnie i uczyni´c Harmoni˛e swym domem? — O tak, Jamie! — wybuchn˛eła. — O tak! Czekał, lecz nie zrobiła w jego kierunku ani kroku. Wybuchn˛eła ponownie. — Po prostu nie jestem pewna, czy powinnam! — krzykn˛eła. — Nie widzisz, Jamie, z˙ e chc˛e mie´c pewno´sc´ , z˙ e post˛epuj˛e słusznie? A ja nie wiem, nie wiem! — Zwróciła twarz w moim kierunku. — Tam — powiedziała. — Co robi´c? Czy mam pojecha´c? Jej niespodziewane odwołanie si˛e do mego braterskiego autorytetu zabrzmiało w moich uszach jak echo jednego z głosów, których potoki zalewały mnie w sali Katalogu. W jednej chwili biblioteka, w której stałem, dziwnie si˛e rozja´sniła i zyskała na długo´sci. Si˛egajace ˛ sufitu półki z ksia˙ ˛zkami, moja siostra zalana łzami, apelujaca ˛ do mnie o pomoc, milczacy ˛ młodzieniec w czarnym stroju oraz mój wuj, pogra˙ ˛zony z całym spokojem w lekturze, jak gdyby otaczajaca ˛ go plama łagodnego s´wiatła padajacego ˛ z półek za plecami była jaka´ ˛s zaczarowana˛ wyspa,˛ odgrodzona˛ od wszelkich ludzkich trosk i kłopotów, wszystko to objawiło mi si˛e 31
niby w nowym, dodatkowym wymiarze. Było to tak, jakbym ich przenikał spojrzeniem na wskro´s i jednocze´snie ogla˛ dał ze wszystkich stron naraz. Nagle zaczałem ˛ rozumie´c mojego wuja tak dobrze, jak mi si˛e to jeszcze w z˙ yciu nie udało; zrozumiałem, z˙ e wbrew udawanemu zatopieniu w lekturze, w my´slach zda˙ ˛zył ju˙z zadecydowa´c, jakie mam zaja´ ˛c stanowisko w odpowiedzi na pytanie Eileen. Wiedział, z˙ e gdyby powiedział mojej siostrze — zosta´n, wydobyłbym ja˛ z tego domu, cho´cbym musiał w tym celu przystapi´ ˛ c do regularnego obl˛ez˙ enia. Wiedział, z˙ e instynkt ka˙ze mi przeciwstawia´c mu si˛e we wszystkim. A tak, zachowujac ˛ bierno´sc´ , nie pozostawiał mi nic, z czym mógłbym podja´ ˛c walk˛e. Dokonywał odwrotu na z góry upatrzone pozycje swej diabelskiej (lub boskiej) oboj˛etno´sci, mnie pozostawiwszy ludzka˛ ułomno´sc´ i podejmowanie decyzji. Oczywi´scie, przez cały czas traktujac ˛ jako pewnik, z˙ e umocni˛e Eileen w pragnieniu wyjazdu z Jamethonem. Ale tym razem przeliczył si˛e co do mnie w swoich rachubach. Nie zauwa˙zył zaszłych we mnie przemian ani s´wie˙zo zdobytej wiedzy słu˙zacej ˛ mi za gwiaz´ d˛e przewodnia.˛ Dla niego hasło NISZCZYC! było tylko pusta˛ skorupa,˛ do której mógł si˛e schroni´c w razie potrzeby. Lecz w moich oczach, obdarzonych czym´s w rodzaju goraczkowej ˛ jasno´sci widzenia, przybierało ono rozmiary daleko wi˛eksze, stajac ˛ si˛e wr˛ecz bronia˛ zdatna˛ do obrócenia przeciwko tym górujacym ˛ nad nami demonom z młodszych s´wiatów. Patrzyłem teraz z perspektywy całego pokoju na Jamethona Blacka i nie odczuwałem przed nim l˛eku, tak jak przestałem odczuwa´c l˛ek przed Padma.˛ Nie mogłem si˛e doczeka´c okazji wypróbowania na nim swej siły. — Nie — odpowiedziałem Eileen ze spokojem. — Nie wydaje mi si˛e, by´s powinna jecha´c. Zrobiła wielkie oczy ze zdumienia i zdałem sobie spraw˛e, i˙z w pod´swiadomos´ci rozumowała nie inaczej ni˙z wuj, a mianowicie, z˙ e koniec ko´ncem zmuszony b˛ed˛e powiedzie´c jej, by poszła za głosem swojego serca. Teraz za´s, zbiwszy ja˛ zupełnie z tropu, ruszyłem z˙ wawo za ciosem, by z uwaga˛ dobierajac ˛ słowa, umocni´c swój sad ˛ za pomoca˛ poj˛ec´ , którym powinna da´c wiar˛e. Słowa przychodziły mi gładko. — Harmonia to nie miejsce dla ciebie, Eileen — mówiłem łagodnie. — Wiesz, jak bardzo tamtejsi ludzie ró˙znia˛ si˛e od nas na Ziemi. Czułaby´s si˛e nie na miejscu. Nie umiałaby´s im dorówna´c ani sprosta´c ich zwyczajowym wymaganiom. Ten m˛ez˙ czyzna za´s, nawiasem mówiac, ˛ to przodownik roty. — Zmusiłem si˛e do spojrzenia z sympatia˛ na Jamethona Blacka, a jego szczupła twarz wyra˙zała tyle niech˛eci i pragnienia zyskania mego poparcia, co ostrze topora. — Czy wiesz, co to oznacza na Harmonii? — zapytałem. — Jest oficerem tamtejszych sił zbrojnych. Sprzeda˙z jego kontraktu mo˙ze was w ka˙zdej chwili rozdzieli´c. On mo˙ze zosta´c wysłany do miejsc, do których ty nie b˛edziesz mogła za nim poda˙ ˛zy´c. Mo˙ze 32
nie wraca´c przez całe lata. . . albo i wcale, je´sli zostanie zabity, co nie jest bynajmniej nieprawdopodobne. Czy chcesz si˛e na to narazi´c? — I dodałem z brutalna˛ szczero´scia: ˛ — Czy jeste´s wystarczajaco ˛ silna, by znie´sc´ taka˛ nerwowa˛ szarpanin˛e, Eileen? Przez całe z˙ ycie mieszkam z toba˛ pod jednym dachem i s´miem o tym watpi´ ˛ c. Zrobiłaby´s zawód nie tylko samej sobie, zawiodłaby´s i tego człowieka. Na tym sko´nczyłem. Wuj przez cały czas mojej przemowy nie podnosił wzroku znad ksia˙ ˛zki. Nie podniósł i teraz, lecz wydało mi si˛e — ku mej cichej satysfakcji — z˙ e r˛ece trzymajace ˛ okładk˛e leciutko dr˙zały, zdradzajac ˛ uczucia, do których nigdy si˛e dotad ˛ nie przyznawał. Co do Eileen, to przez cały czas trwania mej perory wpatrywała si˛e we mnie z jawnym niedowierzaniem. Teraz westchn˛eła ci˛ez˙ ko, z trudno´scia˛ powstrzymujac ˛ si˛e przed łkaniem, i stan˛eła wyprostowana. Spojrzała na Jamethona Blacka. Nie powiedziała ani słowa. Dosy´c było tego spojrzenia. Równie˙z jemu przygladałem ˛ si˛e uwa˙znie, spodziewajac ˛ si˛e, z˙ e zdradzi jakie´s oznaki uczucia, lecz jego twarz jedynie posmutniała troch˛e i nieco złagodniała. Postapił ˛ ku Eileen dwa kroki, a˙z znalazł si˛e prawie u jej boku. Zesztywniałem w gotowo´sci rzucenia si˛e mi˛edzy nich, gdyby zaszła potrzeba poparcia mojej opinii czynem. Lecz on jedynie bardzo łagodnie przemówił do niej, posługujac ˛ si˛e ta˛ dziwna,˛ s´piewna˛ odmiana˛ zwykłej mowy, której, jak czytałem, u˙zywa mi˛edzy soba˛ jego lud, lecz której nigdy jeszcze nie słyszałem na własne uszy. — Azali˙z nie pójdziesz za mna,˛ Eileen? — rzekł. Zachwiała si˛e jak wiotka ro´slinka w spulchnionej ziemi, gdy mijaja˛ ja˛ ci˛ez˙ kie kroki, i spojrzała w przeciwna˛ stron˛e. — Nie mog˛e, Jamie — szepn˛eła. — Słyszałe´s, co powiedział Tam? To prawda. Sprawiłabym ci tylko zawód. — Nieprawda — powiedział tym samym cichym głosem. — Nie mów, z˙ e nie mo˙zesz. Powiedz, z˙ e nie chcesz, a pójd˛e sobie. Czekał. Lecz ona, wcia˙ ˛z odwrócona, unikała jego wzroku. A potem potrza˛ sn˛eła głowa˛ na znak ostatecznej odmowy. Na ten widok wciagn ˛ ał ˛ gł˛eboko powietrze w płuca. Gdy przestałem mówi´c, nie spojrzał nawet na mnie ani na Mathiasa; nie spojrzał na z˙ adnego z nas i teraz. W dalszym ciagu ˛ bez widocznych na twarzy oznak bólu i gniewu odwrócił si˛e i bez hałasu opu´scił bibliotek˛e, dom i z˙ ycie mojej siostry na zawsze. Eileen okr˛eciła si˛e na pi˛ecie i wybiegła z pokoju. Spojrzałem na Mathiasa — odwrócił stronic˛e swojej ksia˙ ˛zki, nie podnoszac ˛ na mnie wzroku. O Jamethonie Blacku ani o całym incydencie nie wspomniał nigdy wi˛ecej. Podobnie jak Eileen. Ale nie min˛eło sze´sc´ miesi˛ecy, gdy najspokojniej w s´wiecie zgłosiła swój kontrakt do sprzeda˙zy na Cassid˛e i poleciała na ów s´wiat do pracy. Kilka miesi˛ecy pó´zniej po´slubiła młodego człowieka, rodowitego mieszka´nca planety, nazwiskiem David Long Hall. Zarówno Mathias, jak i ja dowiedzieli´smy si˛e o mał˙ze´n33
stwie dopiero w kilka miesi˛ecy po fakcie, a i to od osób trzecich. Sama Eileen nie napisała ani słowa. Lecz wiadomo´sc´ o tym obeszła mnie w owym czasie nie wi˛ecej ni˙z Mathiasa, gdy˙z zwyci˛estwo nad siostra˛ i Jamethonem Blackiem wskazało mi tak poszukiwana˛ drog˛e. Nowe umiej˛etno´sci zaczynały si˛e we mnie utrwala´c. Poczałem ˛ rozwija´c techniki stosowania ich do manipulacji lud´zmi, tak jak mi si˛e to udało z Eileen, by uzyska´c to, czego pragn˛e; i byłem ju˙z na dobrej drodze do osiagni˛ ˛ ecia mego własnego celu, którym była wolno´sc´ i pot˛ega.
Rozdział 5 Jednak okazało si˛e, z˙ e mimo wszystko scena w bibliotece miała utkwi´c w mej pami˛eci jak cier´n. Przez pi˛ec´ lat, podczas których wspinałem si˛e po szczeblach kariery w Słu˙zbie Prasowej niczym urodzony człowiek sukcesu, nie miałem od Eileen z˙ adnych wiadomo´sci. W dalszym ciagu ˛ nie pisała do Mathiasa, nie pisała te˙z do mnie. Kilka listów, które do niej wysłałem, pozostało bez odpowiedzi. Dorobiłem si˛e wielu znajomych, ale nie mog˛e powiedzie´c, bym miał jakich´s przyjaciół — a Mathias nic dla mnie nie znaczył. Powoli, opłotkami, zaczynałem sobie u´swiadamia´c, i˙z jestem na s´wiecie sam jak ten palec i z˙ e uczyniłbym daleko lepiej, gdybym w pierwszym goraczkowym ˛ podnieceniu wywołanym s´wie˙zo odkryta˛ zdolno´scia˛ manipulowania lud´zmi znalazł sobie inny obiekt do´swiadcze´n ni˙z jedyna osoba na wszystkich czternastu s´wiatach, która mogła mie´c jakie´s powody, by mnie kocha´c. Wła´snie to przywiodło mnie w pi˛ec´ lat pó´zniej na zbocze górskie na nowej ziemi, zryte niedawno ogniem ci˛ez˙ kiej artylerii. Przemierzałem je, gdy˙z zbocze stanowiło cz˛es´c´ pola bitwy, od kilku zaledwie godzin toczonej przez rzucone przeciwko sobie do walki siły Północnej i Południowej Partycji Altlandii na Nowej Ziemi. Zarówno wojska Północy, jak i Południa tylko w niewielkiej cz˛es´ci składały si˛e z rodowitych Nowoziemian. Siły zbuntowanej Północy w ponad osiemdziesi˛eciu procentach tworzyły oddziały zaci˛ez˙ ne, wynaj˛ete od Zaprzyja´znionych. W skład armii Południa wchodziły w przeszło sze´sc´ dziesi˛eciu pi˛eciu procentach kontyngenty cassida´nskiego rekruta, wynaj˛etego przez władze Nowej Ziemi na zasadzie bilansu kontraktowego od rzadu ˛ Cassidy — i ten wła´snie fakt sprawił, z˙ e zmuszony byłem wyszukiwa´c sobie drog˛e po´sród zrytej ziemi i powalonych pni drzewnych na zboczu. Mi˛edzy rekrutami tego wła´snie oddziału znajdował si˛e młody grupowy nazwiskiem Dave Hall — m˛ez˙ czyzna, za którego moja siostra wyszła na Cassidzie. Moim przewodnikiem był z˙ ołnierz piechoty lojalistów, to jest Sił Zbrojnych Południowej Partycji. Nie Cassidanin, lecz rodowity mieszkaniec Nowej Ziemi w stopniu kadrowego ordynansa. Był to osobnik wychudły, po trzydziestce i z natury rzeczy skwaszony, co wnosiłem z cichej rozkoszy, której zdaje si˛e do´swiadczał, widzac, ˛ jak moje miejskie buty i peleryna reportera tytłaja˛ si˛e w błocie i po35
szyciu le´snym. Od owej chwili w Encyklopedii Finalnej min˛eło ju˙z sze´sc´ lat, moje specjalne umiej˛etno´sci porzadnie ˛ we mnie okrzepły i dzi´s, kosztem zaledwie kilku minut, potrafiłbym całkowicie odmieni´c jego opini˛e o sobie. Lecz nie było to warte zachodu. Wreszcie doprowadził mnie do małego punktu łaczno´ ˛ sci u stóp góry i przekazał oficerowi o kwadratowej szcz˛ece i podkra˙ ˛zonych oczach, któremu z wygladu ˛ dałbym lat czterdzie´sci z okładem. Oficer był za stary na dowództwo polowe i wida´c było po nim oznaki zm˛eczenia wła´sciwe dla wieku s´redniego. Co wi˛ecej, pos˛epne legiony z Zaprzyja´znionych miały ostatnio dobra˛ zabaw˛e z półsurowym cassida´nskim rekrutem jako przeciwnikiem. Trudno si˛e dziwi´c, z˙ e spogladał ˛ na mnie z równie kwa´sna˛ mina,˛ co mój przewodnik. Tyle tylko z˙ e w przypadku dowodzacego ˛ jego postawa stwarzała pewien problem. By otrzyma´c to, po co tu przybyłem, musiałem ja˛ zmieni´c. S˛ek w tym, z˙ e przyjechałem niemal bez z˙ adnych danych na temat tego człowieka, gdy˙z chodziły ju˙z słuchy o spodziewanym natarciu Zaprzyja´znionych i jako z˙ e nie było czasu do namysłu, przybyłem tak, jak stałem. Liczyłem, z˙ e uda mi si˛e wymy´sli´c jakie´s argumenty w drodze. — Komendant Hal Frane — przedstawił si˛e nie czekajac, ˛ a˙z co´s powiem, i szorstko wyciagn ˛ ał ˛ kwadratowa,˛ niezbyt czysta˛ r˛ek˛e. — Pa´nskie dokumenty! Podałem mu swoje papiery. Przejrzał je, lecz wyraz twarzy nie złagodniał mu ani na jot˛e. — Co to? — spytał. — Sta˙zysta? Pytanie równało si˛e obeldze. To, czy byłem pełnoprawnym członkiem Gildii Reporterów, czy wcia˙ ˛z jeszcze czeladnikiem w okresie próbnym, nie powinno go nic a nic obchodzi´c. Mówiac ˛ to sugerował, z˙ e jestem prawdopodobnie jeszcze zbyt zielony i tu, na linii frontu, b˛ed˛e potencjalnym zagro˙zeniem dla niego i jego ludzi. Jednak˙ze, cho´c całkiem tego nie´swiadomy, pytaniem tym nie tyle zadał cios w czułe miejsce mej wewn˛etrznej linii obrony, ile odsłonił takie u siebie. — Istotnie — odparłem spokojnie, odbierajac ˛ od niego dokumenty. I na podstawie tego, co wła´snie zdradził mi na swój temat, zaczałem ˛ improwizowa´c. — Teraz, co do pa´nskiego awansu. . . — Awansu! Szeroko otworzył oczy. Ton jego głosu potwierdził to wszystko, co sobie wydedukowałem z jednego, jedynego drobiazgu — drobiazgu, którego sens był taki, z˙ e ludzie zdradzaja˛ si˛e mimowolnie przez dobór oskar˙ze´n rzucanych na innych. Człowiek, który insynuuje, z˙ e jeste´s złodziejem, prawie na pewno posiada w swym wn˛etrzu du˙ze i wra˙zliwe pokłady nieuczciwo´sci; a w tym wypadku próba Frane’a, by dokuczy´c mi wytykaniem mojego niskiego statusu, bez watpienia ˛ zakładała, z˙ e jestem czuły na tym samym punkcie co on. Usiłowanie zniewa˙zenia mnie, w połaczeniu ˛ z faktem, z˙ e komendant był zbyt zaawansowany wiekiem, jak 36
na posiadana˛ rang˛e, wskazywały, z˙ e nie pierwszy raz został pomini˛ety przy awansie i była to jego pi˛eta achillesowa. Odkrywajac ˛ ja,˛ uczyniłem zaledwie drobny wyłom — lecz wtedy, po pi˛eciu latach c´ wiczenia swych umiej˛etno´sci na ludzkich umysłach, nie potrzebowałem nic wi˛ecej. — Nie jest pan wyznaczony do awansu na majora? — zapytałem. — My´slałem. . . — Urwałem nagle i wyszczerzyłem do´n z˛eby w u´smiechu. — Zdaje si˛e, z˙ e to pomyłka. Musiałem pomyli´c pana z kim´s innym. — Zmieniłem temat, rozgladaj ˛ ac ˛ si˛e po zboczu. — Widz˛e, z˙ e prze˙zył pan tu dzi´s ze swoimi lud´zmi ci˛ez˙ kie chwile. Wpadł mi w słowo. — Skad ˛ pan wie, z˙ e otrzymałem awans? — dopytywał z gro´zna˛ mina.˛ Uznałem, z˙ e najwy˙zszy czas zastapi´ ˛ c kijem marchewk˛e. — Có˙z, komendancie, nie wydaje mi si˛e, bym zapami˛etywał takie rzeczy — rzekłem, spogladaj ˛ ac ˛ mu prosto w oczy. Tu zrobiłem minutowa˛ pauz˛e, by ta prawda mogła do niego dotrze´c. — A je´sli nawet, to nie sadz˛ ˛ e, by wolno mi to było ´ panu wyjawi´c. Zródła informacji reportera sa˛ poufne, to w mojej bran˙zy konieczno´sc´ . Wojskowi maja˛ równie˙z swoje sekrety. To przywołało go do porzadku. ˛ W jednej chwili przypomniało mu si˛e, z˙ e nie jestem jednym z jego piechurów. Nie ma mocy rozkazywania mi, bym mu powiedział cokolwiek, czego powiedzie´c nie chciałem. Moja osoba, je´sli chciał si˛e czegokolwiek ode mnie dowiedzie´c, wymagała obchodzenia si˛e w jedwabnych r˛ekawiczkach, a nie walenia pi˛es´cia˛ w stół. — Ale˙z — powiedział, czyniac ˛ wysiłek, by przej´scie od pogró˙zek do u´smiechów dokonało si˛e mo˙zliwie z wdzi˛ekiem. — Ale˙z oczywi´scie. Musi mi pan wybaczy´c! Byli´smy tu pod du˙zym obstrzałem. — Trudno tego nie zauwa˙zy´c — rzekłem z odrobin˛e wi˛eksza˛ sympatia˛ w głosie. — Rzeczywi´scie, nie jest to sytuacja sprzyjajaca ˛ utrzymaniu nerwów na wodzy. — Niestety. — Udało mu si˛e przywoła´c u´smiech na twarz. — Zatem pan. . . nie mo˙ze powiedzie´c mi nic wi˛ecej o tym czekajacym ˛ mnie awansie? — Obawiam si˛e, z˙ e nie — odparłem. Nasze oczy spotkały si˛e znowu. I tak ju˙z pozostały. — Rozumiem. — Odwrócił wzrok, nieco skwaszony. — No có˙z, czym mo˙zemy panu słu˙zy´c, redaktorze? — Ale˙z mo˙ze mi pan opowiedzie´c o sobie — odparłem. — Ch˛etnie dowiedziałbym si˛e czego´s o pa´nskiej dotychczasowej karierze. Nagle odwrócił si˛e twarza˛ do mnie. — Mojej? — zapytał, wytrzeszczywszy oczy. — No, tak — odrzekłem. — Po prostu taki mam kaprys. Reporta˙z o zwykłym człowieku, kampania z punktu widzenia jednego z do´swiadczonych oficerów na polu walki. Pan rozumie. 37
Zrozumiał. Tak te˙z i przewidywałem. Mogłem bez trudu dojrze´c, jak blask ponownie zago´scił w jego oczach, i niemal zobaczyłem tryby obracajace ˛ si˛e pod powierzchnia˛ jego umysłu. Znajdowali´smy si˛e w punkcie, w którym człowiek o czystym sumieniu zaczałby ˛ si˛e dopytywa´c: „Dlaczego wła´snie ja w tym reporta˙zu? Czemu nie jaki´s oficer starszy ranga˛ albo z wi˛eksza˛ liczba˛ odznacze´n?” Lecz Frane nie miał zamiaru o nic pyta´c. To, z˙ e wła´snie on jest obiektem zainteresowania, uwa˙zał za spraw˛e oczywista.˛ Jego zaprzepaszczone nadzieje sprawiły, i˙z dodał dwa do dwóch i otrzymał, jak mu si˛e wydało, cztery. Naprawd˛e sadził, ˛ z˙ e czeka go awans — awans na polu walki. W jaki´s sposób, cho´c teraz akurat nie mogło mu przyj´sc´ do głowy w jaki, jego niedawne zachowanie w obliczu nieprzyjaciela musiało przesuna´ ˛c go w kolejce do wy˙zszego stopnia w hierarchii wojskowej, ja za´s jestem tutaj, by zrobi´c o tym reporta˙z. Jako zwykłemu cywilowi, rozumował, nie przyszło mi do głowy, z˙ e on mo˙ze jeszcze nie wiedzie´c o czekajacym ˛ go awansie i ta moja ignorancja sprawiła, z˙ e ju˙z przy pierwszym spotkaniu bezmy´slnie pu´sciłem farb˛e. Było co´s obrzydliwego w sposobie, w jaki zmieniły si˛e jego głos i postawa, skoro tylko zako´nczył mozolny proces dochodzenia do satysfakcjonujacych ˛ go wniosków. Podobnie jak niektórzy ludzie o miernych zdolno´sciach, on tak˙ze całe swoje z˙ ycie sp˛edził na szukaniu usprawiedliwie´n i wymówek majacych ˛ udowodni´c, z˙ e w gruncie rzeczy jest człowiekiem nadzwyczajnie uzdolnionym, a tylko przypadek i ludzka zawi´sc´ pozbawiały go a˙z do dzi´s słusznie nale˙znych mu owoców jego pracy. Potem, pod pretekstem dzielenia si˛e informacjami na temat swej własnej osoby, roztoczył przede mna˛ taki wachlarz wszystkich tych usprawiedliwie´n, z˙ e gdybym rzeczywi´scie przeprowadzał z nim wywiad w celach reporterskich, mógłbym przeszło tuzin razy za pomoca˛ jego własnych słów wykaza´c mu cała˛ jego małoduszno´sc´ i mierno´sc´ . Swój z˙ yciorys opowiedział mi tak, jak gdyby był to jeden wielki krzyk rozpaczy. Prawdziwe pieniadze ˛ w z˙ ołnierskim fachu przynosiła praca najemnika, ale wszystkie korzystne dla najemników oferty trafiały albo do rak ˛ ´ mieszka´nców Zaprzyja´znionych Swiatów, albo Dorsaj. Na to, by przyja´ ˛c klasztorny tryb z˙ ycia z˙ ołnierza czy nawet oficera w´sród Zaprzyja´znionych, Frane nie miał ani niezb˛ednego hartu ducha, ani odpowiednich przekona´n religijnych. Jedynym sposobem za´s, by sta´c si˛e Dorsajem, było si˛e nim urodzi´c. Pozostawała wi˛ec jedynie słu˙zba garnizonowa, szkolenie kadr i dowodzenie stacjonarnymi siłami zbrojnymi ró˙znych s´wiatów i terytorialnych zwiazków ˛ politycznych — i to tylko po to, by w razie wybuchu wojny zosta´c na drodze do wy˙zszych stanowisk dowódczych wyprzedzonym przez sprowadzonych skadin ˛ ad ˛ najemników, urodzonych lub specjalnie przysposobionych do prawdziwej walki. A słu˙zba garnizonowa, nie potrzeba dodawa´c, w porównaniu z zarobkami najemnika przynosiła marne grosze. Ten czy inny rzad ˛ zawsze gotów był przyja´ ˛c do słu˙zby drugorz˛edny materiał oficerski w rodzaju Frane’a na warunkach długo38
terminowego kontraktu z niska˛ płaca˛ i trzyma´c go na niej do woli. Ale kiedy ten sam rzad ˛ miał zamiar przyja´ ˛c na słu˙zb˛e najemników, znaczyło to, z˙ e potrzebował najemników, a zatem zupełnie naturalne było, z˙ e ludzie, którzy z racji swego zawodu kładli głow˛e pod ewangeli˛e, stawiali twarde warunki finansowe. Lecz do´sc´ ju˙z o komendancie Frane’em, który nie odgrywa tu a˙z tak wa˙znej roli. Był to mały człowieczek, któremu udało si˛e przekona´c samego siebie, z˙ e stoi w przededniu uznania go — i to przez sama˛ Mi˛edzygwiezdna˛ Słu˙zb˛e Prasowa˛ — za potencjalnie wielkiego człowieka. Jak wi˛ekszo´sc´ ludzi tego pokroju miał nadmiernie wygórowane mniemanie o wa˙zno´sci rozgłosu w promowaniu czyjej´s kariery. Opowiedział mi wyczerpuja˛ co o sobie, oprowadził po pozycjach, gdzie na zboczu tkwili okopani jego ludzie i, na długo, zanim zaczałem ˛ gotowa´c si˛e do odej´scia, reagował na wszelkie sugestie z mojej strony z precyzja˛ dobrze wyregulowanego mechanizmu. Tote˙z gdy ju˙z-ju˙z miałem wyrusza´c z powrotem na tyły, wyraziłem z˙ yczenie — to, z którym w rzeczywisto´sci tu przybyłem. — Widzi pan, wła´snie przyszedł mi do głowy pewien pomysł — powiedziałem, zawracajac ˛ z drogi. — W dowództwie operacyjnym pozwolono mi na czas kampanii wzia´ ˛c sobie do pomocy jakiego´s szeregowca. Miałem zamiar zabra´c kogo´s z puli dowództwa, ale, sam pan rozumie, lepiej byłoby, gdybym mógł dosta´c jakiego´s z˙ ołnierza z pa´nskiego oddziału. — Jednego z moich z˙ ołnierzy? — Spojrzał na mnie spod oka. — Wła´snie — odparłem. — Wówczas w razie zamówienia na ciag ˛ dalszy artykułu lub gdyby za˙zadano ˛ ode mnie informacji o kampanii z pierwszej r˛eki. . . tak jak wy ja˛ tutaj widzicie. . . mógłby mi dostarczy´c danych. Trudno, bym z ka˙zda˛ taka˛ drobnostka˛ gonił za panem po całym polu bitwy. W przeciwnym razie zmuszony byłbym po prostu odpowiedzie´c, z˙ e ani nast˛epny artykuł, ani ciag ˛ dalszy nie wchodza˛ w gr˛e. — Rozumiem — powiedział i twarz mu si˛e wypogodziła. Lecz zaraz potem znowu zmarszczył brwi. — Jednak˙ze zanim dotrze tu uzupełnienie i b˛ed˛e w stanie kogo´s pu´sci´c, minie tydzie´n albo i dwa tygodnie. Nie widz˛e, w jaki. . . — O, je´sli tylko o to chodzi, to wszystko w porzadku ˛ — rzekłem, wyławiajac ˛ z kieszeni pisemne zezwolenie. — Mam tu upowa˙znienie, by wybra´c sobie kogo´s wedle uznania, nie czekajac ˛ na uzupełnienie. . . je´sli oczywi´scie pu´sci go dowódca. Przez kilka dni naturalnie brakowałoby panu jednego człowieka, ale. . . Pozwoliłem mu to przemy´sle´c. I przez chwil˛e rzeczywi´scie my´slał — wszystkie głupstwa wywietrzały mu z głowy — tak jak my´slałby w takiej sytuacji ka˙zdy inny dowódca wojskowy. Wszystkie oddziały w tym sektorze były osłabione po ostatnich kilku tygodniach bitwy. Brak jeszcze jednego człowieka oznaczał luk˛e w linii obrony Frane’a, który na taka˛ perspektyw˛e reagował odruchem warunkowym wła´sciwym ka˙zdemu oficerowi na polu walki. . . Po chwili stało si˛e dla mnie jasne, z˙ e widoki na rozgłos i awans utorowały 39
sobie drog˛e do jego s´wiadomo´sci i zaczyna bi´c si˛e z my´slami. — Kogo by tu. . . ? — przemówił wreszcie, bardziej do siebie ni˙z do mnie. W ten sposób sam sobie zadawał pytanie, w którym to mianowicie miejscu mógłby si˛e bez kogo´s obej´sc´ . Lecz ja złapałem go za słowo, tak jakby pytanie skierowane było do mnie. — Ma pan w swoim oddziale pewnego chłopca o nazwisku Dave Hall. . . Głowa podskoczyła mu jak uniesiona spr˛ez˙ yna.˛ Na jego twarzy pojawiło si˛e płaskie i brudne podejrzenie. Istnieja˛ dwa sposoby post˛epowania w sytuacji, gdy zaczynamy w kim´s budzi´c podejrzenia — pierwszy to uroczy´scie zapewni´c o swej niewinno´sci, a drugi, lepszy, to przyzna´c si˛e do popełnienia jakiego´s drobnego wykroczenia. — Zauwa˙zyłem jego nazwisko na diagramie słu˙zbowym w dowództwie operacyjnym, nim przybyłem tu zobaczy´c si˛e z panem — powiedziałem. — Prawd˛e mówiac, ˛ był to jeden z powodów, dla których wybrałem — poło˙zyłem na to słowo pewien nacisk, tak by nie mógł nie zwróci´c na nie uwagi — wła´snie pana do tej laurki. Ten Hall to podobno mój krewniak, jaka´s tam piata ˛ woda po kisielu, i pomy´slałem sobie, z˙ e równie dobrze mog˛e upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Rodzina mnie pili, bym dla chłopaka co´s zrobił. Frane przygladał ˛ mi si˛e z uwaga.˛ — Oczywi´scie — dodałem — zdaj˛e sobie spraw˛e, z˙ e brak panu ludzi. Je´sli jest on dla pana taki wa˙zny. . . Je´sli jest dla ciebie taki wa˙zny, sugerował ton mojego głosu, nie mam zamiaru si˛e o niego z toba˛ kłóci´c. Z drugiej jednak strony, to wła´snie ja mam zamiar przedstawi´c ci˛e jako bohatera czytelnikom czternastu s´wiatów i je´sli usiad˛ ˛ e do swojego vocodera w poczuciu, z˙ e mogłe´s zwolni´c mojego krewniaka z linii frontu i tego nie uczyniłe´s. . . To do niego dotarło. — Kto? Hali? — zapytał. — Ale˙z skad, ˛ doskonale mog˛e si˛e bez niego obej´sc´ . — Odwrócił si˛e w kierunku swojego stanowiska dowodzenia i warknał: ˛ — Ordynans! Sprowad´z mi tu Halla w pełnym rynsztunku, z bronia,˛ i gotowego do wymarszu! Po wyj´sciu ordynansa Frane znów odwrócił si˛e do mnie. — Oporzadzenie ˛ si˛e i zameldowanie tu na miejscu zajmie mu około pi˛eciu minut — powiedział. Zaj˛eło prawie dziesi˛ec´ . Lecz nie miałem nic przeciwko temu, z˙ eby poczeka´c. Dwana´scie minut pó´zniej, z naszym grupowym jako przewodnikiem, wracali´smy z Dave’em do dowództwa operacyjnego.
Rozdział 6 Dave oczywi´scie nigdy dotad ˛ nie widział mnie na oczy. Lecz Eileen musiała mu o mnie opowiada´c i rozumiało si˛e samo przez si˛e, z˙ e rozpoznał mnie po nazwisku w chwili, gdy komendant przekazywał go do mojej dyspozycji. Miał jednak do´sc´ rozsadku, ˛ by nie zadawa´c z˙ adnych głupich pyta´n, dopóki nie dotarli´smy do Kwatery Głównej i nie pozbyli´smy si˛e przewodnika grupowego. W rezultacie miałem po drodze okazj˛e dobrze mu si˛e przyjrze´c. Wynik tego pierwszego badania nie wypadł specjalnie korzystnie. Dave był ode mnie ni˙zszy i wygladał ˛ du˙zo młodziej, ni˙z wskazywałaby na to istniejaca ˛ mi˛edzy nami ró˙znica wieku. Twarz, ozdobiona płowa˛ czupryna,˛ była z gatunku tych zaokraglonych ˛ i szczerych młodzie´nczych buzi, które a˙z po wiek s´redni zachowuja˛ chłopi˛ecy wyglad. ˛ Jedyna˛ wspólna˛ z moja˛ siostra˛ cecha,˛ jakiej mogłem si˛e w nim dopatrzy´c, była pewna wrodzona niewinno´sc´ i łagodno´sc´ — owa niewinno´sc´ i łagodno´sc´ bezbronnych stworze´n, które zdaja˛ sobie spraw˛e, z˙ e sa˛ zbyt słabe, by upomina´c si˛e o swoje prawa i dochodzi´c ich siła,˛ wi˛ec próbuja˛ utrzyma´c si˛e na powierzchni, okazujac ˛ gotowo´sc´ do zdania si˛e na dobra˛ wol˛e innych. By´c mo˙ze byłem dla niego mimo wszystko zbyt surowy. Sam nie zaliczałem si˛e do mieszka´nców owczarni. Pr˛edzej ju˙z ujrzeliby´scie mnie na zewnatrz, ˛ przemykajacego ˛ chyłkiem pod płotem i łypiacego ˛ z wielka˛ atencja˛ na pensjonariuszy. Ale taka jest prawda. Nie wydało mi si˛e, by Dave reprezentował soba˛ co´s nadzwyczajnego, tak pod wzgl˛edem powierzchowno´sci, jak charakteru. Nie uwa˙zam te˙z, by był specjalnie hojnie przez natur˛e obdarzony pod wzgl˛edem umysłowym. Kiedy Eileen wyszła za niego za ma˙ ˛z, był zwykłym programista˛ i po to, by mógł przez ostatnie pi˛ec´ lat studiowa´c mechanik˛e przesuni˛ec´ na Uniwersytecie Cassida´nskim, musieli oboje poszuka´c sobie dodatkowych zaj˛ec´ , ona na cały, a on na pół etatu. Od osiagni˛ ˛ ecia celu dzieliły go trzy lata pracy, gdy miał nieszcz˛es´cie spa´sc´ na egzaminie konkursowym poni˙zej poziomu siedemdziesi˛ecio-percentylowej mediany. Pech chciał, z˙ e zdarzyło si˛e to akurat w chwili, gdy Cassida przeprowadzała pobór rekruta zakupionego przez Nowa˛ Ziemi˛e na potrzeby trwajacej ˛ wła´snie kampanii, która miała na celu stłumienie rebelii w Partycji Północnej. Odjechał w sołdaty. My´slicie mo˙ze, i˙z Eileen nie czekajac ˛ zwróciła si˛e do mnie o pomoc. Nic 41
z tych rzeczy — chocia˙z kiedy si˛e w ko´ncu o wszystkim dowiedziałem, fakt, z˙ e tego nie zrobiła, dał mi do my´slenia. A przecie˙z dziwi´c mnie to nie powinno. Gdy w ko´ncu mi powiedziała, wówczas jej słowa obdarły ma˛ dusz˛e z z˙ ywego ciała, a jej nagie ko´sci rzuciły na pastw˛e zawodzacych ˛ w nich wichrów w´sciekło´sci i szale´nstwa. Ale to było pó´zniej. W rzeczy samej o tym, z˙ e Dave odjechał na Nowa˛ Ziemi˛e z kontyngentem rekrutów, dowiedziałem si˛e, gdy nasz wuj Mathias niespodziewanie i bez hałasu rozstał si˛e z tym s´wiatem, a ja zmuszony byłem skontaktowa´c si˛e z przebywajac ˛ a˛ na Cassidzie Eileen w sprawach majatkowych. ˛ Jej niewielki udział w spadku (Mathias na znak pogardy czy wr˛ecz szyderstwa lwia˛ cz˛es´c´ swej poka´znej fortuny zostawił Projektowi Encyklopedii Finalnej jako s´wiadectwo, z˙ e wszelkie projekty tyczace ˛ Ziemi i Ziemian uwa˙za za tak jałowe, i˙z nawet najwi˛eksza pomoc nie jest w stanie uchroni´c ich od kl˛eski) przedstawiał dla niej jakakolwiek ˛ warto´sc´ tylko wtedy, gdyby udało mi si˛e w jej imieniu dobi´c targu z jakim´s pracujacym ˛ na Ziemi Cassidaninem, który zostawił rodzin˛e na ojczystej planecie. Tylko rzady ˛ oraz wielkie organizacje mogły przekłada´c planetarne dobra materialne na warto´sc´ ludzkiej pracy i kontraktów, b˛edacych ˛ w rzeczywisto´sci jedyna˛ waluta˛ wymienialna˛ w stosunkach mi˛edzy jednym a drugim s´wiatem. W ten sposób dowiedziałem si˛e, z˙ e Dave opu´scił z˙ on˛e i swój s´wiat rodzinny, by wzia´ ˛c udział w nowoziemskiej awanturze. Nawet wówczas Eileen nie zwróciła si˛e do mnie o pomoc. To ja sam, z własnej inicjatywy, pomy´slałem o tym, by poprosi´c o przydzielenie mi Dave’a jako asystenta na czas kampanii. Poinformowałem listownie Eileen o tym, co mam zamiar zrobi´c, i poczyniłem odpowiednie kroki. Teraz, kiedy dopełniłem obietnicy, nie byłem do ko´nca pewien, czemu to uczyniłem, a nawet czułem si˛e z tym po trosze nieswojo, tak samo jak wówczas, gdy Dave, kiedy wreszcie pozbyli´smy si˛e naszego przewodnika i wyruszyli´smy do Castlemain, najbli˙zszego du˙zego miasta za linia˛ frontu, próbował mi dzi˛ekowa´c. — Mo˙zesz sobie tego oszcz˛edzi´c! — warknałem ˛ na niego. — Wszystko, co zdziałałem do tej pory, to jeszcze nawet nie połowa roboty. B˛edziesz musiał pój´sc´ ze mna˛ na lini˛e frontu jako nie uzbrojony obserwator. A nie mo˙zesz tego uczyni´c bez przepustki podpisanej przez obie strony. Komu´s za´s, kto jeszcze niespełna osiem godzin temu brał na muszk˛e swojej broni samostrzelnej z˙ ołnierzy z Zaprzyja´znionych, niełatwo b˛edzie ja˛ zdoby´c! Na te słowa si˛e zamknał. ˛ Był nieco zmieszany. Fakt, z˙ e nie chciałem przyja´ ˛c jego podzi˛ekowa´n, sprawił mu wyra´zna˛ przykro´sc´ . Za to zniech˛ecił go do mówienia, a o to mi wła´snie chodziło. Odebrali´smy rozkazy, przygotowane w dowództwie operacyjnym, w których przydzielano mi go na stałe, a potem doko´nczyli´smy przeja˙zd˙zki platforma˛ do Castelmain, gdzie wraz z moim sprz˛etem zostawiłem go w hotelu, wyja´sniwszy, z˙ e rano po niego wróc˛e. — Mam nie opuszcza´c pokoju? — zapytał, gdy wychodziłem. 42
— Rób, do cholery, na co masz ochot˛e! — odrzekłem. — Nie jestem twoim grupowym. Bad´ ˛ z tylko tutaj jutro o dziewiatej ˛ czasu miejscowego, kiedy wróc˛e. Wyszedłem. Dopiero za drzwiami u´swiadomiłem sobie, co nim powodowało, a mnie przyprawiało o g˛esia˛ skórk˛e. Uwa˙zał, z˙ e jako szwagrowie powinni´smy sp˛edzi´c kilka godzin razem na wzajemnym poznawaniu si˛e, mnie za´s na sama˛ my´sl o takiej perspektywie cierpła skóra. Ze wzgl˛edu na Eileen mogłem uratowa´c mu z˙ ycie, ale nie miałem ochoty na nawiazywanie ˛ z nim stosunków towarzyskich. Nowa Ziemia i Freilandia, jak to powszechnie wiadomo, to siostrzane planety w układzie Syriusza. Poło˙zone sa˛ niedaleko od siebie, naturalnie nie a˙z tak, jak skupisko Wenus-Mars-Ziemia, lecz dostatecznie blisko, by z orbity Nowej Ziemi na orbit˛e Freilandii mo˙zna było dosta´c si˛e jednym skokiem przesuni˛ecia, z niezła,˛ cho´c nie absolutna˛ statystyczna˛ szansa˛ osiagni˛ ˛ ecia celu z ograniczonym do minimum bł˛edem. Dla tych zatem, którzy nie boja˛ si˛e podró˙zy mi˛edzy s´wiatami niewielkiego ryzyka, przelot z jednej planety na druga˛ trwa około godziny — pół godziny w gór˛e na stacj˛e orbitalna,˛ zero godzin na skok i pół godziny w dół na powierzchni˛e u celu podró˙zy. Wyruszyłem tym wła´snie sposobem w drog˛e i nie min˛eły dwie godziny od po˙zegnania ze szwagrem, gdy ju˙z pokazywałem od´zwiernemu u wej´scia do rezydencji Hendrika Galta, Pierwszego Marszałka Sił Zbrojnych Freilandii, zdobyte z trudem zaproszenie. Było to zaproszenie na przyj˛ecie wydane na cze´sc´ człowieka, który wówczas nie był jeszcze tak dobrze znany jak dzisiaj, obywatela Dorsaj (jako z˙ e Galt był oczywi´scie Dorsajem), szefa podpatrolu kosmicznego, nazwiskiem Donal Graeme. Wtedy wła´snie Graeme po raz pierwszy zwrócił na siebie uwag˛e opinii publicznej. Dokonał z siła˛ jakich´s czterech czy pi˛eciu statków zupełnie wariackiego ataku na obron˛e planetarna˛ Newtona — ataku, który złagodził newtonia´nski napór na Oriente, nie zamieszkany siostrzany s´wiat Freilandii i Nowej Ziemi i tym samym wydobył planetarne siły Galta z paskudnego taktycznego dołka. Wedle mego ówczesnego rozeznania Graeme, jak wi˛ekszo´sc´ ludzi tego pokroju, był kim´s w rodzaju z˙ ołnierza ryzykanta o dzikim spojrzeniu. Tak czy owak, na szcz˛es´cie nie do niego miałem interes. Moje zamiary dotyczyły kilku wpływowych ludzi, którzy mieli pojawi´c si˛e na przyj˛eciu. Zale˙zało mi zatem w szczególno´sci, by na dokumentach Dave’a znalazła si˛e kontrasygnata szefa oddziału Freilandzkiej Słu˙zby Prasowej — mimo z˙ e nie zapewniało to mojemu szwagrowi jakiejkolwiek ochrony ze strony Słu˙zby Prasowej. Ten rodzaj ochrony obejmował tylko członków Gildii oraz, z pewnymi ograniczeniami, takich jak ja czeladników-sta˙zystów. Lecz komu´s nie wtajemniczonemu, na przykład z˙ ołnierzowi na polu walki, mogło si˛e wydawa´c, z˙ e Słu˙zba Prasowa rzeczywi´scie udzieliła swego poparcia. W nast˛epnej kolejno´sci potrzebny był mi dodatkowy podpis jakiej´s wa˙znej osobisto´sci spo´sród Zaprzyja´znionych po to, by zapewni´c Dave’owi bezpiecze´nstwo na wypadek, gdyby´smy w trakcie kampanii 43
natkn˛eli si˛e na polu bitwy na jakich´s ich z˙ ołnierzy. Szefa oddziału Słu˙zby Prasowej, rozsadnego ˛ i pogodnego Ziemianina nazwiskiem Nuy Snelling, znalazłem z łatwo´scia.˛ Bez z˙ adnych ceregieli dokonał na przepustce Dave’a adnotacji stwierdzajacej, ˛ z˙ e Słu˙zba Prasowa wyra˙za zgod˛e na to, by Dave mi asystował, i notatk˛e podpisał. — Zdajesz sobie oczywi´scie spraw˛e — powiedział — z˙ e to nie jest warte funta kłaków. — Zerknał ˛ na mnie z ciekawo´scia,˛ oddajac ˛ mi przepustk˛e. — Ten Dave Hall to który´s z twych przyjaciół? — Szwagier — odparłem. — Hmm — odrzekł, marszczac ˛ brwi ze zdziwienia. — Có˙z, z˙ ycz˛e powodzenia. — I odwrócił si˛e, by porozmawia´c z Exotikiem w bł˛ekitnych szatach, w którym ku memu zdziwieniu rozpoznałem Padm˛e. Zaskoczenie było tak ogromne, z˙ e popełniłem nieostro˙zno´sc´ , której udawało mi si˛e od kilku przynajmniej lat skutecznie wystrzega´c, to jest odezwałem si˛e bez zastanowienia. — Ale˙z to Padma, Outbond! — wyrzuciłem z siebie jednym tchem. — A co ty tu porabiasz? Snelling, odstapiwszy ˛ krok w tył, by mie´c nas obu na oku, powtórnie zmarszczył brwi. Lecz Padma odezwał si˛e, zanim jeszcze mój przeło˙zony zda˙ ˛zył zmy´c mi głow˛e za oczywista˛ niegrzeczno´sc´ . Padma nie miał obowiazku ˛ opowiada´c si˛e przede mna˛ ze swoich poczyna´n. Ale najwidoczniej nie poczuł si˛e obra˙zony. — Mógłbym ciebie zapyta´c o to samo, Tam — odrzekł z u´smiechem. Do tego czasu zdołałem ju˙z odzyska´c kontenans. — Jestem tam, gdzie sa˛ wiadomo´sci — odparłem. Był to utarty slogan Słu˙zby Prasowej. Lecz Padma zdecydował si˛e potraktowa´c go dosłownie. — I ja te˙z, w pewnym sensie — powiedział. — Pami˛etasz, Tam, co ci kiedy´s mówiłem o wzorcu? To miejsce i ta oto chwila stanowia˛ w˛ezeł. — Doprawdy? — odrzekłem z u´smiechem. — Nie ma to nic wspólnego ze mna,˛ mam nadziej˛e? — I owszem, ma — oznajmił. I w nast˛epnej chwili poczułem na sobie jego wzrok si˛egajacy ˛ gł˛eboko do mego wn˛etrza. — Lecz jeszcze bardziej z Donalem Graeme’em. — I tak te˙z by´c powinno, jak sadz˛ ˛ e, skoro to na jego cze´sc´ wydano przyj˛ecie. — I roze´smiałem si˛e, próbujac ˛ jednocze´snie obmy´sli´c jaka´ ˛s wymówk˛e, która pozwoliłaby mi salwowa´c si˛e ucieczka.˛ Sama obecno´sc´ Padmy wystarczyła, by ciarki zacz˛eły chodzi´c mi po plecach. Było to tak, jak gdyby miał na mnie jaki´s tajemny wpływ, który sprawiał, z˙ e w jego towarzystwie nie mogłem si˛e skupi´c. — A przy okazji, co si˛e stało z ta˛ dziewczyna,˛ która przyprowadziła mnie wówczas do gabinetu Marka Torre? Nazywała si˛e, bodaj˙ze, Liza. . . Liza Kant? 44
— I owszem, Liza — potwierdził, przygladaj ˛ ac ˛ mi si˛e ze spokojem. — Przyszła ze mna˛ tutaj. Jest teraz moja˛ osobista˛ sekretarka.˛ Pewnie niedługo si˛e na nia˛ natkniesz. Martwi si˛e o twoje zbawienie. — Jego zbawienie? — wtracił ˛ lekko, acz z widocznym zainteresowaniem Snelling. Jego praca, podobnie jak praca wszystkich członków zwyczajnych Gildii, wia˛ zała si˛e z ciagłym ˛ wyczuleniem na wszystkie fakty, które mogłyby wpłyna´ ˛c na szans˛e przyj˛ecia czeladnika do Gildii. — Zbawienia od siebie samego — odparł Padma, wcia˙ ˛z wpatrzony we mnie swymi orzechowymi oczyma, z˙ ółtymi i przydymionymi jak oczy demona lub boga. — W takim razie lepiej zobacz˛e, czy nie uda mi si˛e znale´zc´ Lizy samemu i umocni´c w tym zbo˙znym dziele — ja z kolei odrzekłem lekko, chwytajac ˛ nadarzajac ˛ a˛ si˛e sposobno´sc´ do odwrotu. — By´c mo˙ze zobaczymy si˛e jeszcze. — By´c mo˙ze — odpowiedział Snelling. Wyszedłem. Gdy tylko skryłem si˛e przed ich wzrokiem w tłumie, zanurkowałem w stron˛e wej´scia na schodki prowadzace ˛ na jeden z niewielkich balkoników, które niczym lo˙ze w teatrze zwieszały si˛e ze s´cian sali. Nie miałem zamiaru da´c si˛e przyłapa´c tej dziwnej dziewczynie, której obraz nawiedzał moje my´sli z nadmierna˛ natarczywo´scia.˛ Przed pi˛eciu laty, po wydarzeniach w Encyklopedii Finalnej, raz po raz nachodziła mnie ochota wróci´c do Enklawy i odszuka´c dziewczyn˛e. I za ka˙zdym razem powstrzymywało mnie co´s na kształt strachu. Wiedziałem, skad ˛ si˛e brał ten strach. Gdzie´s w gł˛ebszych warstwach mojej psychiki tkwiło irracjonalne przekonanie, z˙ e rozwinałem ˛ w sobie spostrzegawczo´sc´ i inne talenty po to, by zdoby´c umiej˛etno´sc´ podporzadkowywania ˛ ludzi swojej woli, tak jak po raz pierwszy podporzadkowałem ˛ jej w bibliotece swa˛ własna˛ siostr˛e i Jamethona Blacka, i tak jak pó´zniej podporzadkowywałem ˛ jej ka˙zdego, kto stanał ˛ mi na drodze, a˙z po komendanta Frane’a o kilka godzin wcze´sniej i jeden s´wiat dalej — ale gł˛eboko we mnie, mówi˛e, tkwił strach, z˙ e w razie podj˛ecia przeze mnie jakichkolwiek prób podobnego obej´scia si˛e z Liza˛ Kant co´s mi t˛e moc zabierze. Odnalazłem przeto schody i wbiegłem po nich na gór˛e, na mały, pusty balkonik z kilkoma krzesłami ustawionymi wokół okragłego ˛ stołu. Stad ˛ powinienem bez trudu zauwa˙zy´c Brighta, szefa Starszych Zjednoczonej Rady Ko´sciołów, któ´ ra władała oboma Zaprzyja´znionymi Swiatami Harmonii i Zjednoczenia. Bright był jednym z Wojujacych ˛ — tych z panujacych ˛ duchownych z Zaprzyja´znionych, którzy najmocniej wierzyli w wojn˛e jako s´rodek wiodacy ˛ do osiagni˛ ˛ ecia dowolnych celów — a˙z krótka˛ wizyta˛ na Nowej Ziemi bawił po to, by na własne oczy przekona´c si˛e, czy najemnicy z Zaprzyja´znionych nie ustaja˛ w wysiłkach na rzecz swych nowoziemskich chlebodawców. Zygzak na przepustce Dave’a skre´slony jego r˛eka˛ byłby dla mojego szwagra pewniejsza˛ ochrona˛ przed wojskami z Za45
przyja´znionych ni˙z pi˛ec´ cassida´nskich pułków pancernych. Dostrzegłem go po pi˛eciu zaledwie minutach wypatrywania w tłumie kł˛ebia˛ cym si˛e blisko pi˛ec´ metrów pode mna.˛ Stał na przeciwległym kra´ncu sali i rozmawiał z siwowłosym m˛ez˙ czyzna˛ o wygladzie ˛ Wenusjanina lub mieszka´nca Newtona. Wiedziałem, jak wyglada ˛ Starszy Bright, znałem z wygladu ˛ wi˛ekszo´sc´ godnych uwagi osobisto´sci, o mi˛edzygwiezdnym znaczeniu, na czternastu zaludnionych s´wiatach. To, z˙ e dzi˛eki moim specjalnym talentom tak szybko zaszedłem tak daleko, nie znaczy jeszcze, z˙ e nie przykładałem si˛e do nauki zawodu. Ale mimo to i tak za pierwszym razem widok Starszego Brighta był dla mnie zaskoczeniem. Nigdy bym nie przypu´scił, z˙ e mo˙ze wywiera´c tak niezwykle pot˛ez˙ ne wra˙zenie przy bezpo´srednim spotkaniu. Wy˙zszy ode mnie, o barach jak wrota stodoły i — cho´c w s´rednim wieku — talii sprintera, stał, ubrany całkiem na czarno, obrócony do mnie plecami, w lekkim rozkroku, utrzymujac ˛ cała˛ swa˛ wag˛e na palcach stóp, niczym wojownik zaprawiony w walce wr˛ecz. Było w tym człowieku co´s, co niczym czarny płomie´n mocy przejmowało mnie dreszczem l˛eku i jednocze´snie wywoływało pragnienie, by spróbowa´c go przechytrzy´c. Jedno wiedziałem na pewno, nie był to kto´s, kto, jak komendant Frane, ta´nczyłby, jak mu zagram, skaczac ˛ przez sznur upleciony z gładkich słówek. Obróciłem si˛e, by do niego zej´sc´ — i zatrzymał mnie przypadek. Je´sli to był przypadek. Nigdy nie b˛ed˛e wiedział na pewno. By´c mo˙ze było to przeczulenie wywołane uwaga˛ Padmy, z˙ e na to miejsce i chwil˛e przypadał we wzorcu rozwoju ludzko´sci punkt w˛ezłowy, za który on był osobi´scie odpowiedzialny. Na zbyt wielu ludzi wpłynałem ˛ za po´srednictwem takiej wła´snie subtelnej, acz trafiajacej ˛ do przekonania sugestii, by nie podejrzewa´c, z˙ e w tym wypadku mogło to spotka´c wła´snie mnie. Oto ujrzałem niemal tu˙z pode mna˛ niewielka˛ grupk˛e osób. Jedna˛ z nich był William z Cety, Główny Przedsi˛ebiorca obiegajacej ˛ sło´nca Tau Ceti, ogromnej handlowej planety o niskiej grawitacji. Druga˛ — wysoka, pi˛ekna, jasnowłosa i młodziutka z wygladu ˛ dziewczyna nazwiskiem Anea Marlivana, która jako Wybranka Kultis stanowiła w swojej generacji koronny klejnot pokole´n egzotycznego wychowania. Był tam tak˙ze Galt, imponujacy ˛ w swoim paradnym mundurze marszałkowskim, oraz jego siostrzenica Elvine. I jeszcze jeden m˛ez˙ czyzna, którym mógł by´c tylko Donal Graeme. Był to młody człowiek w mundurze szefa podpatrolu, niewatpliwy ˛ Dorsaj, obdarzony czarna˛ czupryna˛ i charakterystyczna˛ dla ludzi urodzonych do wojaczki nadzwyczajna˛ sprawno´scia˛ ruchów. Natomiast jak na Dorsaja był stosunkowo niski — nie wy˙zszy ode mnie, gdybym stanał ˛ obok niego — oraz szczupły, niemal zbyt szczupły. Jednak z całej tej grupy to wła´snie on przykuł moja˛ uwag˛e. Spojrzał do góry i mnie zauwa˙zył. Nasze spojrzenia spotkały si˛e zaledwie przez mgnienie oka. Znajdowali´smy si˛e dostatecznie blisko siebie, bym mógł zobaczy´c, jakiego koloru sa˛ jego oczy — i to wła´snie sprawiło, z˙ e stanałem ˛ jak wryty. 46
Były całkowicie bezbarwne, a przynajmniej ich barwa nie przypominała z˙ adnego ze znanych kolorów. Były albo szare, albo zielone, albo niebieskie, zale˙znie od tego, jakiej barwy starałe´s si˛e w nich doszuka´c. Graeme niemal w tej samej chwili odwrócił wzrok. Jednak ja, uderzony dziwaczno´scia˛ tych oczu, zatrzymałem si˛e w osłupieniu i na mgnienie oka straciłem kontakt z rzeczywisto´scia.˛ Lecz dosy´c było i tej chwili zwłoki. Kiedy otrzasn ˛ ałem ˛ si˛e z transu i spojrzałem tam, gdzie przed chwila˛ widziałem Starszego Brighta, odkryłem, z˙ e od rozmowy z siwowłosym m˛ez˙ czyzna˛ oderwało go wła´snie pojawienie si˛e adiutanta. Adiutant, którego postura wydała mi si˛e dziwnie znajoma, z o˙zywieniem meldował co´s Starszemu Zaprzyja´znionych ´ Swiatów. I kiedy tak, obserwujac ˛ go, stałem z zało˙zonymi w dalszym ciagu ˛ r˛ekoma, Bright nagle odwrócił si˛e na pi˛ecie i w s´lad za adiutantem o znajomym mi wygladzie ˛ skierował si˛e ku drzwiom, które, jak wiedziałem, prowadziły do frontowego holu i do wyj´scia z rezydencji Galta. Opuszczał przyj˛ecie i za chwil˛e szansa rozmowy z nim b˛edzie stracona. Błyskawicznie odwróciłem si˛e, by zbiec po schodkach z balkonu i dogoni´c Brighta, zanim odjedzie. Lecz droga była zatarasowana. Za chwil˛e ciel˛ecego zapatrzenia si˛e na Donala Graeme’a zapłaciłem fiaskiem całego przedsi˛ewzi˛ecia. Gdy ruszyłem do zej´scia, schodami na balkon wchodziła wła´snie Liza Kant.
Rozdział 7 — Tam! — zawołała. — Poczekaj! Nie odchod´z! Nawet nie mógłbym, przynajmniej bez zepchni˛ecia jej siła˛ z drogi. Cała˛ szeroko´sc´ schodków zatarasowała swa˛ osoba.˛ Zatrzymałem si˛e, spogladaj ˛ ac ˛ z niezdecydowaniem na oddalone wyj´scie, w którym zda˙ ˛zyli ju˙z znikna´ ˛c Bright wraz z adiutantem. Natychmiast stało si˛e dla mnie jasne, z˙ e si˛e spó´zniłem. Obaj ruszali si˛e z˙ wawo. Zanim zdołałbym zej´sc´ na dół i utorowa´c sobie drog˛e przez zatłoczona˛ sal˛e, oni zda˙ ˛zyliby ju˙z dotrze´c do pojazdu, czekajacego ˛ na nich na zewnatrz, ˛ i odjecha´c. Mo˙ze gdybym ruszył w tej samej sekundzie, w której zauwa˙zyłem, z˙ e Bright kieruje si˛e do wyj´scia. . . Lecz prawdopodobnie nawet wówczas próba dogonienia go byłaby skazana na niepowodzenie. To nie pojawienie si˛e Lizy, ale chwila nieuwagi, spowodowana zapatrzeniem si˛e w niezwykłe oczy Donala Graeme’a, kosztowała mnie utrat˛e szansy zdobycia na przepustce Dave’a podpisu Brighta. Powróciłem wzrokiem do Lizy. Dziwne, ale teraz, gdy istotnie udało jej si˛e mnie przyłapa´c i po raz wtóry stan˛eli´smy twarza˛ w twarz, byłem z tego zadowolony, cho´c w dalszym ciagu ˛ tkwiła we mnie ta sama, wspomniana wcze´sniej obawa, z˙ e w jaki´s sposób strac˛e skuteczno´sc´ działania. — Skad ˛ wiedziała´s, z˙ e znajdziesz mnie tutaj? — dopytywałem. — Padma uprzedzał, z˙ e b˛edziesz starał si˛e trzyma´c ode mnie z daleka — odrzekła. — Co na sali bankietowej nie jest takie łatwe. Musiałe´s wi˛ec zaszy´c si˛e w jakim´s ustronnym miejscu, a jedyne takie miejsca to te balkony. Wła´snie przed chwila˛ zauwa˙zyłam, z˙ e stoisz za balustradka˛ i spogladasz ˛ na dół. . . Była nieco zdyszana biegiem po schodach i wypowiedziała te słowa jednym tchem. — W porzadku ˛ — powiedziałem. — Znalazła´s mnie. Czego chcesz jeszcze? Odzyskała ju˙z oddech, lecz wcia˙ ˛z była zarumieniona od wysiłku zwiazanego ˛ z wbieganiem na schody. Z kolorami na buzi wygladała ˛ prze´slicznie i był to fakt, którego nie sposób było zignorowa´c. Lecz wcia˙ ˛z jeszcze czułem przed nia˛ obaw˛e. — Tam! — wykrzykn˛eła. — Mark Torre musi z toba˛ pomówi´c! Strach, który przed nia˛ czułem, odezwał si˛e we mnie z moca˛ narastajacego ˛ ryku syreny alarmowej. W tym momencie odkryłem z´ ródło niebezpiecze´nstwa, 48
jakie dla mnie stanowiła. Bro´n do r˛eki musiały da´c jej wrodzona madro´ ˛ sc´ lub instynkt. Kto´s inny na jej miejscu wolałby najpierw powoli i stopniowo przygotowywa´c grunt pod to z˙ adanie. ˛ Lecz instynktowna madro´ ˛ sc´ podpowiedziała jej, jak niebezpiecznie jest da´c mi do´sc´ czasu na zorientowanie si˛e w sytuacji, tak bym mógł ja˛ obróci´c na swoja˛ korzy´sc´ . Lecz ja tak˙ze potrafiłem by´c bezceremonialny. Spróbowałem wymina´ ˛c ja˛ bez słowa. Stan˛eła mi na drodze i zmusiła do zatrzymania si˛e. — A to niby o czym? — zapytałem szorstko. — Tego mi nie powiedział. Wówczas znalazłem sposób odparcia jej ataku. Zaczałem ˛ si˛e z niej s´mia´c. Najpierw przygladała ˛ mi si˛e przez dłu˙zsza˛ chwil˛e, wreszcie na jej policzki powrócił rumieniec i zacz˛eła rzeczywi´scie sprawia´c wra˙zenie osoby bardzo zagniewanej. — Przepraszam, nie chciałem ci˛e urazi´c. Zdławiłem w gardle s´miech, czujac ˛ jednocze´snie, z˙ e w gł˛ebi duszy wcale tego nie chciałem. Cho´c sprowokowany do obrony, istotnie za bardzo ja˛ lubiłem, by tak si˛e z niej naigrawa´c. — Ale jakie wspólne tematy mogliby´smy mie´c jeszcze, oprócz tej samej starej s´piewki, bym przejał ˛ Encyklopedi˛e Finalna? ˛ Zapomniała´s? Sam Padma powiedział, z˙ e nie nadaj˛e si˛e dla was. Podobno jestem zorientowany bez reszty w kierunku — ze smakiem obróciłem to słowo w ustach — destrukcji. — Je´sli o to chodzi, to b˛edziemy musieli zaryzykowa´c. — Wygladała ˛ na uparta.˛ — Ponadto to nie Padma decyduje o sprawach Encyklopedii. Decyduje Mark Torre, a on robi si˛e coraz starszy. Lepiej ni˙z ktokolwiek inny zdaje sobie spraw˛e z niebezpiecze´nstwa, jakie groziłoby, gdyby nagle wypu´scił ster z r˛eki i nie byłoby nikogo, kto mógłby go przeja´ ˛c. Pół roku, mo˙ze rok, i Projekt poszedłby na dno. Albo zostałby celowo zatopiony przez osoby z zewnatrz. ˛ My´slisz, z˙ e twój wuj był jedynym na Ziemi człowiekiem, który miał takie poglady ˛ na temat swej planety i ludzi z młodszych s´wiatów? Zesztywniałem i w mym umy´sle zago´scił chłód. Zrobiła bład, ˛ wspominajac ˛ o Mathiasie. Musiałem przy tym zmieni´c si˛e na twarzy, gdy˙z ujrzałem, z˙ e i twarz Lizy si˛e zmienia. — Co to ma znaczy´c?! — nagle wybuchnałem ˛ w´sciekło´scia.˛ — Zbieracie materiały obcia˙ ˛zajace ˛ na mój temat? Kazali´scie mnie s´ledzi´c? Postapiłem ˛ krok w przód, a ona instynktownie si˛e cofn˛eła. Schwyciłem ja˛ za rami˛e i przytrzymałem. — Skad ˛ ta nagonka na mnie, teraz, po pi˛eciu latach? Jak si˛e w ogóle dowiedziała´s, z˙ e b˛ed˛e tutaj? Zaniechała wszelkich prób wyrwania si˛e i z godno´scia˛ stała bez ruchu. — Pu´sc´ mnie — powiedziała spokojnie. Pu´sciłem, a ona odsun˛eła si˛e do tyłu. — O tym, z˙ e tutaj b˛edziesz, uprzedził mnie Padma. Powiedział, z˙ e to moja
49
ostatnia szansa dotarcia do ciebie — dokonał odpowiednich oblicze´n. Pami˛etasz, opowiadał ci o ontogenetyce. Przypatrywałem jej si˛e przez chwil˛e, po czym parsknałem ˛ gło´snym s´miechem. — Daj spokój, dobrze? — rzekłem. — Wiele mog˛e przełkna´ ˛c na temat tych twoich Exotików. Ale nie wmówisz mi, z˙ e potrafia˛ z taka˛ dokładno´scia˛ wyliczy´c, gdzie w danej chwili w przyszło´sci znajdzie si˛e ka˙zdy z mieszka´nców wszystkich czternastu s´wiatów. — Nie ka˙zdy — odpowiedziała ze zło´scia˛ — tylko ty. Ty i kilku podobnych tobie. . . gdy˙z ty jeste´s czynnikiem sprawczym, a nie stałym elementem wzoru. Czynniki działajace ˛ na osobnika przemieszczanego z miejsca na miejsce przez wzorzec sa˛ zbyt szeroko rozgał˛ezione i zbyt skomplikowane do obliczenia. Lecz ty nie jeste´s zdany na łask˛e i niełask˛e czynników zewn˛etrznych. Ty masz wolno´sc´ wyboru niweczac ˛ a˛ naciski, które ludzie i wydarzenia usiłuja˛ wywrze´c na ciebie. Padma powiedział ci to pi˛ec´ lat temu! — I czyni to moje post˛epowanie łatwiejszym do przewidzenia zamiast trudniejszym? Wolne z˙ arty! — Och, Tam! — odparła, rozjatrzona. ˛ — Oczywi´scie, z˙ e czyni łatwiejszym! Nie potrzeba do tego z˙ adnej ontogenetyki! Szczerze mówiac, ˛ mo˙zna było to przewidzie´c bez niczyjej pomocy, samemu. Od pi˛eciu lat harujesz jak wół po to, by zyska´c członkostwo Gildii Reporterów, czy˙z nie tak? Uwa˙zasz mo˙ze, z˙ e nie wida´c tego jak na dłoni? Miała oczywi´scie racj˛e. Z moich ambicji nie robiłem przed nikim sekretu. Nie było takiej potrzeby. Wyczytała w mej twarzy zgod˛e. — W porzadku ˛ — kontynuowała. — A wi˛ec dochrapałe´s si˛e wreszcie czeladnika. Id´zmy dalej. Jaki jest najszybszy i najpewniejszy sposób, by czeladnik utorował sobie drog˛e do rzeczywistego członkostwa Gildii? Wyrobi´c sobie nawyk znajdowania si˛e zawsze tam, skad ˛ dochodza˛ najbardziej interesujace ˛ wiadomo´sci, nie mam racji? A jakie sa˛ najbardziej interesujace, ˛ je´sli wr˛ecz nie najdonio´slejsze wiadomo´sci w tej chwili? Wojna na Nowej Ziemi pomi˛edzy Partycja˛ Północna˛ a Południowa.˛ Wiadomo´sci z pola walki sa˛ zawsze dramatyczne. Nie mogło by´c wi˛ec najmniejszych watpliwo´ ˛ sci, z˙ e je´sli tylko zdołasz, załatwisz sobie zlecenie na obsług˛e tego teatru wojny. A łatwo odnie´sc´ wra˙zenie, z˙ e prawie zawsze zdobywasz to, czego pragniesz. Przyjrzałem jej si˛e z bliska. Wszystko to, co mówiła, było prawda˛ i brzmiało rozsadnie. ˛ Lecz je´sli tak, to dlaczego przedtem nie przyszło mi do głowy, z˙ e tak łatwo przewidzie´c moje poczynania? Było to tak, jak gdybym nagle odkrył, i˙z znajduj˛e si˛e pod obserwacja˛ kogo´s uzbrojonego w pot˛ez˙ na˛ lornet˛e, kogo´s, kogo bym nigdy w z˙ yciu nie podejrzewał o szpiegowskie zamiary. Wówczas przyszło mi do głowy co´s jeszcze. — Ale˙z powiedziała´s mi tylko, dlaczego powinienem znajdowa´c si˛e teraz na Nowej Ziemi — rzekłem wolno. — Dlaczego jednak miałbym znale´zc´ si˛e na Fre50
ilandii, na tym akurat konkretnym przyj˛eciu? Po raz pierwszy si˛e zajakn˛ ˛ eła. Ju˙z nie wydawała si˛e taka pewna swej wiedzy. — Padma. . . — rozpocz˛eła i zawahała si˛e. — Padma twierdzi, z˙ e to miejsce i ta chwila stanowia˛ punkt w˛ezłowy. A ty, b˛edac ˛ tym, czym jeste´s, potrafisz takie punkty postrzega´c. Twoja osobista potrzeba wyzyskania ich dla swych własnych celów sprawia, z˙ e jeste´s przez nie przyciagany. ˛ Wpatrywałem si˛e w nia˛ z uwaga,˛ z wolna przyswajajac ˛ sobie te wiadomo´sci. I wówczas, nagle niczym grom z jasnego nieba, poraził mnie zwiazek ˛ mi˛edzy tym, co wła´snie powiedziała, a tym, co usłyszałem wcze´sniej. — Punkt w˛ezłowy, no wła´snie! — rzekłem z napi˛eciem, posuwajac ˛ si˛e w podnieceniu o kolejny krok w jej kierunku. — Padma powiedział, z˙ e to punkt w˛ezłowy. Dla Graeme’a. . . ale równie˙z i dla mnie! Có˙z wi˛ec? Jakie to ma dla mnie znaczenie? — Nie. . . — zawahała si˛e. — Nie wiem dokładnie, Tam. I, jak sadz˛ ˛ e, nie wie tego nawet sam Padma. — Ale sprowadziło was tutaj co´s, co ma zwiazek ˛ wła´snie z tym i ze mna! ˛ A mo˙ze si˛e myl˛e? — niemal na nia˛ krzyczałem. Mój umysł zbli˙zał si˛e do prawdy jak lis do gonionego królika. — Dlaczego w takim razie zastawili´scie na mnie swoje sieci? W tym oto, jak to nazywacie, szczególnym miejscu i czasie! Powiedz mi! — Padma. . . — zajakn˛ ˛ eła si˛e. Wówczas niemal w o´slepiajacym ˛ przebłysku nagłego zrozumienia ujrzałem, z˙ e na ten temat wolałaby skłama´c, ale co´s w s´rodku na to jej nie pozwala. — Padma. . . dopiero niedawno to odkrył i tylko dzi˛eki temu, z˙ e Encyklopedia rozrosła si˛e wystarczajaco, ˛ by mu słu˙zy´c pomoca.˛ Zaczerpnał ˛ z niej dodatkowe dane do oblicze´n. I kiedy teraz dane te wykorzystał, wyniki okazały si˛e du˙zo bardziej skomplikowane. . . i doniosłe. Encyklopedia jest dla całego rodzaju ludzkiego du˙zo wa˙zniejsza, ni˙z sadził ˛ przed pi˛eciu laty. Wi˛eksze jest równie˙z niebezpiecze´nstwo, z˙ e Encyklopedia nigdy nie zostanie uko´nczona. Tak˙ze twoje własne siły destrukcji. . . Opadła całkiem z sił i spojrzała na mnie błagalnie, jak gdyby proszac, ˛ bym ja˛ uwolnił od obowiazku ˛ doko´nczenia tego, o czym zacz˛eła mówi´c. Lecz mój umysł pracował na przyspieszonych obrotach, a serce chciało wyskoczy´c mi z piersi. — Dalej — rozkazałem jej szorstko. — Siły destrukcji, którymi dysponujesz, okazały si˛e wi˛eksze, ni˙z mógłby przypu´sci´c w najgorszych snach. Lecz, Tam — przerwała sobie samej niemal goraczkowo ˛ — jest jeszcze jedna sprawa. Pami˛etasz? Przed pi˛eciu laty Padma był przekonany, z˙ e nie ma dla ciebie innego wyboru, jak zagł˛ebi´c si˛e a˙z po sam kres w t˛e twoja˛ dolin˛e mroku. Otó˙z nie jest to do ko´nca prawda.˛ Istnieje pewna szansa przy tych wła´snie współrz˛ednych wzorca, w tym akurat punkcie w˛ezłowym. Je´sli opami˛etasz si˛e w por˛e, dokonasz wła´sciwego wyboru i zawrócisz z drogi, mo˙zesz jeszcze odnale´zc´ wask ˛ a˛ s´cie˙zk˛e, wiodac ˛ a˛ z powrotem z czelu´sci. Lecz musisz za51
wróci´c ju˙z teraz, w tej sekundzie! Nie ogladaj ˛ ac ˛ si˛e na skutki, musisz porzuci´c zlecone ci zadanie i wróci´c na Ziemi˛e, by porozmawia´c z Markiem Torre. . . i to ju˙z, w tej chwili! — W tej chwili — wymamrotałem, lecz było to po prostu echo jej słów, powtórzonych machinalnie w czasie, gdy wsłuchany byłem w swoje rozszalałe mys´li. — Nie — mówiłem dalej — mniejsza z tym. O co w tym wszystkim chodzi i z jakiej to mam zawróci´c drogi? Jaka konkretnie destrukcja? Nie mam niczego takiego w planach. . . przynajmniej w tej chwili. — Tam! Z daleka czułem dotyk jej r˛eki na swoim ramieniu. Ujrzałem jej pobladła˛ twarz, przygladaj ˛ ac ˛ a˛ mi si˛e z napi˛eciem, niby w zamiarze zwrócenia na siebie mojej uwagi. Lecz było to tak, jak gdyby moje zmysły rejestrowały wszystkie te rzeczy z wielkiej odległo´sci. Gdy˙z je´sli miałem słuszno´sc´ — je´sli miałem słuszno´sc´ — wówczas nawet obliczenia Padmy s´wiadczyły na korzy´sc´ obecnych we mnie sił ciemno´sci, talentu, którego okiełznanie i zaprz˛egni˛ecie do pracy kosztowało mnie pi˛ec´ lat c´ wicze´n. A je´sli rzeczywi´scie posiadałem taka˛ moc, to na jakie czyny mógłbym si˛e porwa´c? — Ale˙z to nie jest co´s, co mógłby´s mie´c w planach! — mówiła z rozpacza˛ Liza. — Nie rozumiesz, z˙ e bro´n te˙z nie planuje, z˙ e kogo´s postrzeli? Ty nosisz to w sobie, Tam, niczym bro´n gotowa˛ do strzału. Tyle tylko z˙ e ty mo˙zesz nie dopus´ci´c do tego, z˙ eby wystrzeliła. Póki jest jeszcze na to czas, mo˙zesz si˛e zmieni´c. Mo˙zesz uratowa´c i siebie, i Encyklopedi˛e. . . Ostatnie słowo rozdzwoniło si˛e nagle milionem ech w mym wn˛etrzu. D´zwi˛eczało niczym niezliczone głosy, które słyszałem pi˛ec´ lat temu w Punkcie Przejs´cia pomieszczenia Katalogu Encyklopedii. Nagle dosi˛egn˛eło mnie poprzez gruba˛ warstw˛e ogarniajacego ˛ mnie podniecenia i ugodziło dotkliwie jak ostrze włóczni. Niczym o´slepiajacy ˛ promie´n s´wiatła przebiło na wylot ciemne mury wyrastajace ˛ triumfalnie po prawicy i po lewicy mego umysłu, tak jak wyrosły tam owego dnia w gabinecie Marka Torre. Niczym niemo˙zliwa do zniesienia s´wiatło´sc´ rozdarło na chwil˛e ciemno´sci i ukazało mi nast˛epujacy ˛ obraz: mnie samego w strugach deszczu, Padm˛e, stojacego ˛ naprzeciw mnie, i le˙zace ˛ mi˛edzy nami ludzkie zwłoki. Lecz odp˛edziłem od siebie to przelotne urojenie i rzuciłem si˛e w obj˛ecia ciemno´sci niosacej ˛ pociech˛e. Wnet wróciło do mnie poczucie pot˛egi i mocy. — Mnie tam Encyklopedia nie jest do niczego potrzebna — wyrzekłem na głos. — Ale˙z jest ci potrzebna! — zawołała Liza. — Potrzebna jest ka˙zdemu człowiekowi urodzonemu na Ziemi, a w przyszło´sci, je´sli Padma ma racj˛e, wszystkim ludziom z czternastu s´wiatów. I tylko ty jeden mo˙zesz sprawi´c, z˙ e na pewno ja˛ b˛eda˛ mieli. Tam, ty m u s i s z. . . — Musz˛e? — Tym razem to ja o krok cofnałem ˛ si˛e przed nia.˛ Ogarn˛eła mnie w´sciekła, lodowata furia, taka sama, jaka˛ kiedy´s potrafił we mnie wzbudzi´c Ma52
thias, tyle tylko z˙ e dzi´s połaczona ˛ była z triumfujacym ˛ poczuciem mocy. — Ja nic nie musz˛e! Nie próbuj wrzuci´c mnie do jednego worka razem z reszta˛ was, ziemskich robaków. By´c mo˙ze o n i potrzebuja˛ Encyklopedii. Ale nie ja! Powiedziawszy to, przecisnałem ˛ si˛e obok niej, u˙zywajac ˛ w ko´ncu siły fizycznej, by usuna´ ˛c ja˛ z drogi. Schodzac ˛ po schodach, słyszałem, jak wcia˙ ˛z mnie woła. Pozostałem głuchy na te wołania. Do dzi´s nie wiem, jak brzmiały słowa, którymi wzywała mnie po raz ostatni. Odwróciłem si˛e do balkonu i jej błaga´n plecami i przez s´rodek towarzystwa zgromadzonego na parkiecie utorowałem sobie drog˛e do drzwi, za którymi zniknał ˛ Bright. Po odej´sciu Brighta nie miałem ´ ju˙z czego tu szuka´c. Swie˙zo odzyskane poczucie własnej pot˛egi nie pozwalało mi znie´sc´ przy sobie niczyjej obecno´sci. Na przyj˛ecie zaproszeni zostali w wi˛ekszos´ci, czy nawet w przytłaczajacej ˛ wi˛ekszo´sci, ludzie z młodszych s´wiatów, a głos Lizy, zdawało si˛e, dzwonił i dzwonił mi w uszach, powtarzajac, ˛ z˙ e potrzebuj˛e Encyklopedii, co odbijało si˛e echem gorzkich nauk Mathiasa o relatywnej bezradno´sci i niemocy Ziemian. Gdy wreszcie odetchnałem ˛ s´wie˙zym powietrzem chłodnej i bezksi˛ez˙ ycowej freilandzkiej nocy, okazało si˛e, tak jak podejrzewałem, z˙ e Starszy Bright oraz ów kto´s, kto odwołał go z przyj˛ecia, znikn˛eli. Stra˙znik na parkingu powiedział, z˙ e ju˙z odjechali. Szuka´c ich teraz nie miałoby sensu. Mogli uda´c si˛e w dowolne miejsce na planecie, je´sli wr˛ecz nie na kosmodrom i z powrotem na Harmoni˛e albo Zjednoczenie. Niech sobie jada,˛ pomy´slałem, wcia˙ ˛z jeszcze rozgoryczony aluzja˛ do typowo ziemskiej nieskuteczno´sci moich działa´n, która˛ to aluzj˛e, jak mi si˛e zdawało, wyczytałem ze słów Lizy. Niech sobie jada.˛ Sam potrafi˛e wydoby´c Dave’a z wszelkich kłopotów, jakie mogliby mu zgotowa´c Zaprzyja´znieni z powodu braku na jego przepustce podpisu kogo´s z ich władz. Udałem si˛e z powrotem do kosmoportu, złapałem pierwszy wahadłowiec na orbit˛e i przeskoczyłem na Nowa˛ Ziemi˛e. Po drodze jednak miałem do´sc´ czasu, by ochłona´ ˛c. Nie mogłem zignorowa´c faktu, z˙ e w dalszym ciagu ˛ warto byłoby postara´c si˛e o podpis na przepustce Dave’a. Mogłem by´c zmuszony do zostawienia go samego z jakich´s nieprzewidzianych przyczyn. Przypadek mógł nas rozdzieli´c na polu walki. Mogło si˛e zdarzy´c całe mnóstwo ró˙znych rzeczy, które postawiłyby go w kłopotliwym poło˙zeniu, podczas gdy mnie nie byłoby w pobli˙zu, by przyj´sc´ mu z pomoca.˛ Po niepowodzeniu ze Starszym Brightem pozostała mi tylko jedna jedyna szansa: uda´c si˛e po podpis pod przepustka˛ Dave’a do Kwatery Głównej wojsk Zaprzyja´znionych w Partycji Północnej. Wobec tego, gdy tylko dotarłem na orbit˛e Nowej Ziemi, zamieniłem swój bilet powrotny na bilet do Contrevale, miasta w Partycji Północnej, le˙zacego ˛ tu˙z za pozycjami najemników z Zaprzyja´znionych. Wszystko to zaj˛eło mi nieco czasu. Gdy z Contrevale dostałem si˛e do dowództwa operacyjnego wojsk Partycji Północnej, min˛eła ju˙z północ. Dzi˛eki re53
porterskiej przepustce uzyskałem wst˛ep na teren Kwatery Głównej, który nawet jak na nocna˛ por˛e sprawiał wra˙zenie dziwnie opustoszałego. Za to gdy dotarłem wreszcie na plac przed Komendantura,˛ zdumiała mnie znaczna liczba s´lizgaczy zaparkowanych w cz˛es´ci oficerskiej. Raz jeszcze moja przepustka pozwoliła mi omina´ ˛c umundurowanego na czarno wartownika z kamienna˛ twarza˛ i gotowa˛ do otwarcia ognia bronia˛ samostrzelna.˛ Znalazłem si˛e w kancelarii. Przed soba˛ miałem kontuar, który dzielił kancelari˛e na dwie połowy, a za soba˛ przezroczysta,˛ wysoka˛ do sufitu tafl˛e s´ciany odsłaniajac ˛ a˛ widok na cały, o´swietlony latarniami teren parkingu. Po drugiej stronie długiego kontuaru, za jednym z biurek, siedział samotnie człowiek, grupowy, niewiele starszy ode mnie, lecz ju˙z z twarza˛ zastygła˛ w mask˛e surowej i bezlitosnej samodyscypliny, charakterystyczna˛ dla niektórych z tych ludzi. Gdy zbli˙zyłem si˛e do kontuaru, podniósł si˛e z miejsca i stanał ˛ naprzeciw mnie z drugiej strony. — Jestem reporterem Mi˛edzygwiezdnej Słu˙zby Prasowej — zaczałem. ˛ — Szukam. . . — Twoje dokumenty! Głos, który mi przerwał, był szorstki i nosowy. Czarne oczy jarzace ˛ si˛e w zapadni˛etej twarzy wpatrywały si˛e w moje, a dobór zaimka był nieomal wyzwaniem rzuconym mi w twarz. Gdy wyciagn ˛ ał ˛ r˛ek˛e po papiery, bezlitosna pogarda, równajaca ˛ si˛e nieledwie nienawi´sci od pierwszego wejrzenia, przeskoczyła od niego do mnie niczym iskra elektryczna — i moja własna nienawi´sc´ , zanim zda˙ ˛zyłem wzia´ ˛c ja˛ na smycz rozwagi i chłodnej refleksji, jak lew wyrwany z drzemki rykiem rywala, skoczyła mu instynktownie do gardła. Jak dotad ˛ znałem ten typ Zaprzyja´znionego jedynie ze słyszenia, teraz po raz pierwszy spotkałem si˛e z nim oko w oko. Grupowy nale˙zał do tych mieszka´nców Harmonii i Zjednoczenia, którzy posługiwali si˛e za´spiewem ko´scielnym, swym własnym wariantem u˙zywanej powszechnie mowy ludzkiej, nie tylko mi˛edzy soba,˛ ale w stosunku do wszystkich m˛ez˙ czyzn i kobiet bez ró˙znicy. Był jednym z tych, którzy od˙zegnywali si˛e od wszelkich przyjemno´sci z˙ yciowych, cho´cby takich, które płyna˛ z uczucia pełnego brzucha lub dotyku mi˛ekkiej po´scieli. Całe jego z˙ ycie było zaledwie zbrojna˛ próba˛ i przedsionkiem z˙ ycia przyszłego, tego z˙ ycia, którego mogli dostapi´ ˛ c jedynie ci, co przestrzegajac ˛ przykaza´n prawdziwej wiary, byli na dodatek Wybra´ncami Pana. Dla tego człowieka nie miało z˙ adnego znaczenia to, z˙ e on nie był niczym wi˛ecej ni˙z podoficerem, jednym z tysiaca ˛ podobnych sobie szeregowych funkcjonariuszy, pochodzacych ˛ z ubogiej, kamienistej planety, ja za´s jednym z kilku zaledwie setek wykształconych, przeszkolonych i upowa˙znionych do noszenia na czternastu zamieszkanych s´wiatach peleryny reportera. Nie miało dla niego znaczenia to, z˙ e byłem członkiem czy cho´cby tylko czeladnikiem Gildii, który jak równy z równym rozmawia´c mógł z władcami planet. Nic nie znaczyło dla niego 54
nawet to, z˙ e on dla mnie był w połowie szale´ncem, a ja dla niego produktem wykształcenia i szkolenia wiele razy przewy˙zszajacych ˛ jego własne. Wszystko to nie miało znaczenia, gdy˙z on był Wybra´ncem Bo˙zym, a ja nie otrzymałem błogosławie´nstwa jego Ko´scioła. Przygladał ˛ mi si˛e zatem takim wzrokiem, jakim cesarz mógłby obdarzy´c psa, którego w por˛e nie usuni˛eto z drogi kopniakiem. I ja mu si˛e przygladałem. ˛ Na ka˙zdy cios s´wiadomie zadany człowiekowi przez człowieka i wymierzony w miło´sc´ własna˛ istnieje stosowna riposta. Któ˙z mógłby wiedzie´c o tym lepiej ode mnie? I dobrze wiedziałem, jaka˛ ripost˛e nale˙zy zastosowa´c przeciwko komu´s, kto próbuje patrze´c z góry. Taka˛ riposta˛ jest s´miech. Jeszcze nie zbudowano na s´wiecie tak pot˛ez˙ nego tronu, którym nie mógłby zachwia´c s´miech idacy ˛ od dołu. Ale teraz przygladałem ˛ si˛e temu grupowemu i nie mogłem si˛e zmusi´c do s´miechu. ´ Smiech nie chciał mi przej´sc´ przez gardło z bardzo prostego powodu. Otó˙z wiedziałem, z˙ e on, na wpół obłakany ˛ i ograniczony w swych pogladach, ˛ byłby si˛e raczej z całym spokojem pozwolił z˙ ywcem spali´c na stosie, ni˙zby si˛e wyrzekł najmniej istotnej ze swoich zasad. Podczas gdy j a nie byłbym zdolny nawet przez minut˛e utrzyma´c jednego palca nad płomieniem zapałki, by potwierdzi´c najwa˙zniejsza˛ z moich. I on wiedział, z˙ e ja wiem, jaki on jest naprawd˛e. I on wiedział, z˙ e ja wiem, i˙z on wie, jaki ja jestem naprawd˛e. Poziom naszej wiedzy o sobie nawzajem był równy jak dzielacy ˛ nas kontuar. Tak wi˛ec nie mógłbym go wy´smia´c, nie tracac ˛ przy tym szacunku dla samego siebie. I za to go znienawidziłem. Podałem mu swoje papiery. Obejrzał je. Potem zwrócił. — Dokumenty twoje sa˛ w porzadku ˛ — rzekł wybitnie nosowo. — Po co tu przybywasz? — Po przepustk˛e — odparłem, odkładajac ˛ na bok swoje papiery i wyjmujac ˛ te Dave’a. — Dla mojego asystenta. Rozumiecie, przekraczamy tam i z powrotem lini˛e frontu i. . . — Zarówno na naszych pozycjach, jak na linii frontu niepotrzebna jest tobie z˙ adna przepustka. Wystarcza˛ dokumenty reportera. — Odwrócił si˛e niby w zamiarze powrotu za biurko. — Ale mój asystent — mówiłem głosem nie znajacym ˛ wahania — nie ma papierów reportera. Zatrudniłem go dopiero dzi´s rano i nie miałem czasu nic dla niego przygotowa´c. Potrzebna mi jest zatem tymczasowa przepustka, podpisana przez jednego z oficerów tutejszej Kwatery Głównej. . . Z powrotem odwrócił si˛e w stron˛e kontuaru. — Azali˙z twój asystent nie jest reporterem? — Z formalnego punktu widzenia nie. Ale. . . — Nie posiada zatem prawa do wolnego wst˛epu na nasze pozycje ani te˙z upowa˙znienia do przekraczania naszych linii. Przepustka nie mo˙ze by´c wydana. — O, tego nie byłbym taki pewny — powiedziałem ostro˙znie. — Dosłownie 55
kilka godzin temu mogłem dosta´c ja˛ od twojego Starszego Brighta na przyj˛eciu na Freilandii, ale wyszedł, zanim miałem okazj˛e go poprosi´c. Zatrzymałem si˛e, gdy˙z grupowy ponuro potrzasn ˛ ał ˛ głowa.˛ — Mojego brata Brighta — poprawił mnie i po tym, jaki wybrał tytuł, poznałem wreszcie, z˙ e pozostanie niewzruszony. Tylko fanatycy najbardziej spo´sród Zaprzyja´znionych oddani sprawie gardzili potrzeba˛ stosowania si˛e we własnym gronie do zasad wojskowej hierarchii. Starszy Bright mógł rozkaza´c memu grupowemu rzuci´c si˛e z gołymi r˛ekami na nieprzyjacielskie stanowisko ogniowe, i grupowy posłuchałby bez chwili wahania. Lecz nie znaczyło to wcale, by uwa˙zał osob˛e czy te˙z opinie brata Brighta za godniejsze od swoich własnych. Powód tego był bardzo prosty. Ranga i tytuł Brighta dotyczyły jego z˙ ycia doczesnego, a zatem w oczach grupowego nie przedstawiały wi˛ekszej warto´sci ni˙z mied´z brz˛eczaca ˛ i cymbał brzmiacy. ˛ Nic nie wa˙zyły w porównaniu z faktem, z˙ e jako bracia w zbawieniu on i grupowy byli sobie równi przed obliczem Pana. — Brat Bright — powiedział — nie mógłby wystawi´c przepustki komu´s, kto nie jest uprawniony do wchodzenia mi˛edzy nasze rzesze i swobodnego odchodzenia, a kto by´c mo˙ze został nasłany, by szpiegowa´c nas na rzecz nieprzyjaciół naszych. Pozostała mi tylko jeszcze jedna karta do zagrania i z góry wiedziałem ju˙z, z˙ e b˛edzie to karta przegrywajaca. ˛ Tak czy owak, nic nie szkodziło mi nia˛ zagra´c. — Je´sli nie macie nic przeciwko temu — rzekłem — wolałbym usłysze´c t˛e odpowied´z z ust którego´s z waszych przeło˙zonych. Wezwijcie kogo´s, prosz˛e, je´sli nie ma nikogo innego, to mo˙ze by´c oficer dy˙zurny. Lecz on odwrócił si˛e tyłem i poszedł w stron˛e biurka. — Oficer dy˙zurny — powracajac ˛ do papierów, nad którymi go zastałem, odrzekł ze stanowczo´scia˛ w głosie — nie mo˙ze udzieli´c z˙ adnej innej odpowiedzi. Ani te˙z ja nie zamierzam odrywa´c go od jego obowiazków ˛ po to, by powtórzył to, co ju˙z raz tobie powiedziałem. Było to niczym ostateczne zatrza´sni˛ecie wieka nad moim planem zdobycia podpisu na przepustce. Wszelka dalsza dyskusja z tym człowiekiem byłaby bezcelowa. Odwróciłem si˛e na pi˛ecie i opu´sciłem budynek.
Rozdział 8 Gdy tylko drzwi zatrzasn˛eły si˛e za mna,˛ stanałem ˛ na ostatnim z trzech schodków prowadzacych ˛ do s´rodka i spróbowałem zastanowi´c si˛e, co powinienem w tej sytuacji pocza´ ˛c, czy te˙z co w tej sytuacji pocza´ ˛c mi pozostało. Zbyt wiele obszedłem góra,˛ dołem lub bokiem niewzruszonych na pierwszy rzut oka przeszkód w postaci ludzkich decyzji, by tak łatwo da´c za wygrana.˛ Gdzie´s musiała prowadzi´c do celu jaka´s boczna s´cie˙zka, tylna furtka lub chocia˙zby dziura w płocie. Znów zabładziłem ˛ wzrokiem na przepełniony s´lizgaczami oficerski parking. I wówczas w głowie zapaliło mi si˛e s´wiatełko. W jednej chwili rozrzucone kawałki układanki powróciły na swoje miejsce, by ukaza´c mi rzeczywisty kształt rzeczy, i w duchu wymierzyłem sobie pot˛ez˙ nego kopniaka za to, z˙ e stało si˛e to tak pó´zno. A zatem dziwnie znajomy wyglad ˛ adiutanta, który przybył zabra´c Starszego Brighta z przyj˛ecia na cze´sc´ Donala Graeme’a. Dalej, nieoczekiwany odjazd samego Brighta tu˙z po pojawieniu si˛e adiutanta. I wreszcie, na ostatek, niespotykane pustki na terenie Kwatery Głównej w przeciwie´nstwie do przepełnionego parkingu, opustoszała kancelaria oraz odmowa przywołania oficera dy˙zurnego przez grupowego na słu˙zbie. Albo Bright osobi´scie, albo jego obecno´sc´ na obszarze działa´n wojennych dały najemnikom z Zaprzyja´znionych hasło do wprowadzenia w z˙ ycie planu jakiej´s nadzwyczajnej akcji bojowej. Zaskakujaca ˛ ofensywa, starcie na proch cassida´nskich sił zbrojnych i natychmiastowe zako´nczenie wojny stanowiłyby najlepsza˛ reklam˛e na poparcie czynionych przez Starszego wysiłków, by zdoby´c korzystne zamówienia na oddziały najemników z Zaprzyja´znionych w obliczu widocznej na niektórych s´wiatach pewnej publicznej niech˛eci wobec ich fanatycznych postaw i zachowa´n. I nie dlatego z˙ e, jak mi mówiono, wszyscy Zaprzyja´znieni nie dali si˛e lubi´c. Jednak po spotkaniu z urz˛edujacym ˛ wewnatrz ˛ grupowym mogłem zrozumie´c, i˙z nie potrzeba wielu takich jak on, by uprzedzi´c ludzi do ogółu z˙ ołnierzy w czarnych mundurach. Przeto zało˙zyłbym si˛e o własne buty, z˙ e Bright wraz ze starszyzna˛ oficerska˛ znajduje si˛e teraz wewnatrz ˛ na stanowisku dowodzenia, przygotowujac ˛ jaka´ ˛s ak57
cj˛e bojowa,˛ która miała wzia´ ˛c przez zaskoczenie cassida´nski kontyngent. A u jego boku sta´c b˛edzie adiutant, który wyprowadził go z przyj˛ecia na cze´sc´ Donala Graeme’a — i, je´sli nie zawodziła mnie s´wietnie wyszkolona pami˛ec´ profesjonalisty, miałem wra˙zenie, i˙z wiem, kim mo˙ze by´c ten adiutant. Wróciłem szybko do s´lizgacza, wsiadłem do s´rodka i właczyłem ˛ telefon. Centrala Contrevale spojrzała na mnie natychmiast oczyma ładnej młodej blondynki. Podałem jej numer s´lizgacza, który był oczywi´scie pojazdem wynaj˛etym. — Chciałbym mówi´c z Jamethonem Blackiem — powiedziałem. — To oficer Sił Zbrojnych z Zaprzyja´znionych i znajduje si˛e teraz, jak sadz˛ ˛ e, w ich Kwaterze Głównej pod Contrevale. Nie jestem pewien, jaka˛ ma rang˛e. . . przynajmniej przodownika roty, cho´c mo˙ze ju˙z by´c komendantem. To dosy´c pilne. Je´sli zdoła si˛e pani z nim skontaktowa´c, prosz˛e połaczy´ ˛ c go z tym numerem. — Tak, prosz˛e pana — usłyszałem odpowied´z z centrali — prosz˛e nie odkłada´c słuchawki, zgłosz˛e si˛e za minutk˛e. Ekran zgasł i zamiast głosu dało si˛e słysze´c łagodne buczenie, zwiastujace, ˛ z˙ e kanał jest w dalszym ciagu ˛ zaj˛ety. Rozparłem si˛e wygodnie na siedzeniu s´lizgacza i czekałem. Po niecałych czterdziestu sekundach twarz blondynki pojawiła si˛e ponownie. — Odnalazłam pa´nskiego rozmówc˛e, który połaczy ˛ si˛e z panem za kilka sekund. Zaczeka pan? — Oczywi´scie — odparłem. — Dzi˛ekuj˛e panu. Twarz znikn˛eła z ekranu. Nastapiło ˛ kolejne pół minuty buczenia i ekran rozs´wietlił si˛e znowu, tym razem twarza˛ Jamethona. — Witam. Przodownik roty Black? — upewniłem si˛e. — Pan mnie zapewne nie pami˛eta. Jestem Tam Olyn, reporter. Znał pan kiedy´s Eileen Olyn, moja˛ siostr˛e. Jego oczy zda˙ ˛zyły mi ju˙z zdradzi´c, z˙ e mnie rozpoznał. Najwidoczniej albo ja zmieniłem si˛e mniej, ni˙z sadziłem, ˛ albo on musiał mie´c bardzo dobra˛ pami˛ec´ . On sam zmienił si˛e równie˙z, lecz nie a˙z tak, by był nie do poznania. Jego twarz, widoczna ponad patkami na klapach munduru, b˛edacymi ˛ dowodem na to, z˙ e nie dostał awansu, nabrała gł˛ebi wyrazu i mocy charakteru. Lecz była to w dalszym ciagu ˛ ta sama twarz, która˛ zapami˛etałem owego dnia w bibliotece mojego wuja. Była tylko, oczywi´scie, nieco starsza. Pami˛etam, z˙ e my´slałem o nim poprzednio jako o chłopcu. Czymkolwiek jednak był dzisiaj, na pewno chłopcem by´c przestał. I nigdy ju˙z nim nie b˛edzie. — Co mog˛e dla pana zrobi´c, panie Olyn? — zapytał. Mówił głosem spokojnym i pozbawionym wszelkiego wahania, nieco gł˛ebszym od tego, jaki miałem w pami˛eci. — Centrala podała, z˙ e dzwoni pan w sprawie nie cierpiacej ˛ zwłoki.
58
— Bo te˙z w pewnym sensie tak jest w istocie — odpowiedziałem i zrobiłem pauz˛e. — Nie chciałbym odciaga´ ˛ c pana od wa˙zniejszych zaj˛ec´ , lecz jestem akurat tutaj w Kwaterze Głównej, na parkingu oficerskim przed budynkiem Dowodzenia. Je´sli znajduje si˛e pan gdzie´s w pobli˙zu, mo˙ze mógłby pan zej´sc´ tutaj i zamieni´c ze mna˛ kilka słów? — Znów si˛e zawahałem. — Oczywi´scie, je´sli ma pan w tej chwili inne obowiazki. ˛ .. — Moje obowiazki ˛ pozwola˛ mi w tej chwili po´swi˛eci´c panu kilka minut — odparł. — Jest pan na parkingu budynku Dowodzenia? — W wynaj˛etym s´lizgaczu, zielonym z przezroczystym dachem. — Zaraz schodz˛e, panie Olyn. Ekran zgasł. Czekałem. Kilka minut pó´zniej otwarły si˛e te same drzwi, którymi wkroczyłem do budynku Dowodzenia, by mie´c przyjemno´sc´ porozmawiania z grupowym zza kontuaru. Na o´swietlonym tle mign˛eła mi ciemna, szczupła sylwetka, która wnet zeszła po trzech stopniach na parking. Gdy Black si˛e zbli˙zył, otwarłem drzwiczki s´lizgacza i posunałem ˛ si˛e, by zrobi´c mu miejsce obok siebie na siedzeniu. — Pan Olyn? — zapytał, wsuwajac ˛ głow˛e do wn˛etrza. — To ja. Prosz˛e do s´rodka. — Dzi˛ekuj˛e. Wsiadł i zajał ˛ miejsce obok mnie, zostawiajac ˛ otwarte drzwiczki. Zwa˙zywszy por˛e roku i nowoziemska˛ szeroko´sc´ geograficzna˛ wiosenna noc była ciepła i poczułem na twarzy powiew niosacy ˛ delikatna˛ wo´n traw i drzew. — Có˙z to za pilna sprawa? — zapytał. — Mam asystenta, dla którego potrzebuj˛e przepustki. Opisałem mu pokrótce sytuacj˛e, przemilczajac ˛ jedynie fakt, z˙ e Dave jest m˛ez˙ em Eileen. Kiedy sko´nczyłem, siedział przez chwil˛e w milczeniu, ciemna sylwetka na tle s´wiateł parkingu i budynku Dowodzenia, owiana delikatnym powietrzem nocy. — Je´sli pa´nski asystent nie jest reporterem, panie Olyn — odrzekł wreszcie swoim spokojnym głosem — nie widz˛e mo˙zliwo´sci, by´smy mogli upowa˙zni´c go do swobodnego poruszania si˛e w obr˛ebie naszych pozycji i za naszymi liniami. — On jest reporterem, przynajmniej na czas tej kampanii — odparłem. — Odpowiadam za niego tak samo, jak Gildia odpowiada za mnie. Nasza bezstronno´sc´ jest zagwarantowana pomi˛edzy gwiazdami. Obejmuje ona oczywi´scie mojego asystenta. Z wolna w ciemno´sci potrzasn ˛ ał ˛ głowa.˛ — Zbyt łatwo przyszłoby panu si˛e od niego od˙zegna´c, gdyby okazał si˛e szpiegiem. Mógłby pan po prostu powiedzie´c, z˙ e o niczym pan nie wiedział, a on został panu narzucony jako asystent. Odwróciłem głow˛e i spojrzałem prosto w miejsce, gdzie pod osłona˛ ciemno´sci kryły si˛e jego oczy. Wła´snie po to naprowadziłem go na ten punkt naszej rozmowy. 59
— Nie, bynajmniej nie byłoby mi łatwo — powiedziałem. — Poniewa˙z on wcale nie został mi narzucony. Zadałem sobie wiele trudu, by wła´snie jego mi przydzielono. To mój szwagier. Chłopak, którego po´slubiła Eileen. A wykorzystujac ˛ go jako asystenta, trzymam go z dala od frontu, gdzie czekałaby go pewna s´mier´c. — Zrobiłem przerw˛e, by da´c mu czas na przetrawienie tej wiadomo´sci. — Próbuj˛e zachowa´c jego z˙ ycie dla Eileen i prosz˛e pana, by mi w tym dopomógł. Nawet nie drgnał, ˛ nie od razu te˙z odpowiedział. W ciemno´sciach nie widziałem, czy zmienił mu si˛e wyraz twarzy. Ale nie wydaje mi si˛e, by było wiele do zobaczenia, nawet gdybym miał do obserwacji odpowiednie s´wiatło. Black był nieodrodnym wytworem swej własnej sparta´nskiej kultury i nie dałby po sobie pozna´c, z˙ e wła´snie zainkasował ode mnie ci˛ez˙ ki podwójny cios. Jak ju˙z zauwa˙zyli´scie, wła´snie w taki sposób podporzadkowywałem ˛ swej woli zarówno m˛ez˙ czyzn, jak i kobiety. Gł˛eboko we wn˛etrzu ka˙zdej inteligentnej istoty z˙ ywej kryja˛ si˛e sprawy zbyt wielkie, zbyt utajone lub zbyt okropne, by o nie pyta´c. Takie, jak wiara, miło´sc´ , nienawi´sc´ i wina. Za ka˙zdym razem potrzebowałem jedynie wydoby´c te sprawy na s´wiatło dzienne i zakotwiczy´c argumentacj˛e przydatna˛ do zdobycia poszukiwanej odpowiedzi na jednym z owych gł˛ebinowych obrazów psychiki ludzkiej, których nie mo˙zna si˛e wyprze´c nawet przed soba˛ samym. Chcac ˛ zaprzeczy´c słuszno´sci mego stanowiska, człowiek musiałby si˛e najpierw wyprze´c gł˛eboko ukrytej integralnej czastki ˛ swej własnej osoby. W przypadku Jamethona Blacka zakotwiczyłem me z˙ adanie ˛ zarówno na tym obszarze jego psychiki, który był zdolny do ukochania ponad wszystko Eileen, jak i na czastce ˛ zajmowanej przez m˛eska˛ dum˛e (a duma była bliska z´ ródłom religii tych całych Zaprzyja´znionych), która nie pozwalała mu z˙ ywi´c trwałej urazy o miniona˛ i, jak sadził, ˛ honorowa˛ pora˙zk˛e. W s´wietle tego, co mu teraz powiedziałem, odmowa udzielenia Dave’owi przepustki byłaby równoznaczna z wysłaniem go na pewna˛ s´mier´c, a któ˙z by potem uwierzył, z˙ e nie zrobił tego celowo, skoro, jak to Jamethonowi wykazałem, istniały poszlaki emocjonalne, łacz ˛ ace ˛ to z jego utracona˛ miło´scia˛ i wewn˛etrzna˛ duma.˛ Wreszcie poruszył si˛e niespokojnie na siedzeniu s´lizgacza. — Niech mi pan da przepustk˛e, panie Olyn — powiedział. — Zobaczymy, co si˛e da zrobi´c. Wział ˛ ja˛ i poszedł. Po kilku minutach był ju˙z z powrotem. Tym razem nie wsiadł do s´lizgacza, lecz schylił si˛e i przez otwarte drzwiczki wsunał ˛ do s´rodka dokument, który mu dałem. — Pan mi nie powiedział — rzekł tym swoim spokojnym głosem — z˙ e ju˙z pan wyst˛epował o przyznanie przepustki i z˙ e jej panu odmówiono. Zamarłem. Z r˛eka˛ wyciagni˛ ˛ eta˛ do góry i wcia˙ ˛z jeszcze s´ciskajac ˛ a˛ przepustk˛e spogladałem ˛ na niego spod dachu s´lizgacza. 60
— Kto mi jej odmówił? Ten grupowy w s´rodku? Ale˙z to zwykły podoficer! A pan jest nie tylko oficerem, ale i adiutantem. — Mimo to — odparł — odmowa została wydana. Nie mog˛e zmieni´c raz powzi˛etej decyzji. Przykro mi. Udzielenie pa´nskiemu szwagrowi przepustki nie jest mo˙zliwe. Dopiero wówczas dotarło do mej s´wiadomo´sci, z˙ e papier, który mi oddał, nie jest podpisany. Wpatrzyłem si˛e we´n, jak gdybym potrafił go w ciemno´sci przeczyta´c i, posługujac ˛ si˛e wyłacznie ˛ siła˛ woli, zmusi´c podpis do pojawienia si˛e na pustym miejscu, gdzie si˛e powinien znajdowa´c. Potem zawrzała we mnie niepohamowana w´sciekło´sc´ . Oderwałem wzrok od dokumentu i spojrzałem przez otwarte drzwiczki s´lizgacza na Jamethona Blacka. — A wi˛ec w taki sposób chce pan si˛e z tego wykr˛eci´c?! — wykrzyknałem. ˛ — Oto jaka˛ znalazł pan sobie wymówk˛e, z˙ eby wysła´c m˛ez˙ a Eileen na s´mier´c. Nie my´sl sobie, z˙ e ci˛e nie przejrzałem, panie Black, bo ci˛e przejrzałem na wylot! Poniewa˙z stał tyłem do s´wiatła, trzymajac ˛ twarz w cieniu, nadal nie byłbym w stanie dojrze´c jakichkolwiek zmian, które mogły na niej zaj´sc´ po moich słowach. On za´s odpowiedział tym samym pozbawionym wahania głosem: — Widział pan tylko człowieka, panie Olyn — rzekł. — Nie Naczynie Pana. Musz˛e ju˙z wraca´c do moich obowiazków. ˛ Do widzenia. Powiedziawszy to, zatrzasnał ˛ drzwiczki s´lizgacza, odwrócił si˛e i wrócił na przełaj przez parking. Siedziałem, patrzac ˛ w s´lad za nim i gotujac ˛ si˛e wewn˛etrznie z w´sciekło´sci na sama˛ my´sl o obłudnym frazesie, którym pocz˛estował mnie na odchodnym, znalazłszy sobie przedtem, jak sadziłem, ˛ wygodny pretekst do odmowy. Wreszcie zdałem sobie spraw˛e z tego, co robi˛e. Gdy otwarły si˛e drzwi budynku Dowodzenia, jego ciemna sylwetka mign˛eła na ich tle i zaraz znikn˛eła, a w s´lad za nia,˛ wraz z zamkni˛eciem si˛e drzwi, znikn˛eło s´wiatło. Kopni˛eciem uruchomiłem s´lizgacz, odwróciłem go wokół własnej osi i skierowałem ku wyjazdowi z terenu wojskowego. Kiedy przekraczałem bram˛e, min˛eła wła´snie trzecia nad ranem i odbywała si˛e zmiana warty. Ciemne sylwetki zluzowanych z˙ ołnierzy, wcia˙ ˛z jeszcze pod bronia,˛ ustawione były w szeregu i bez reszty pochłoni˛ete wypełnianiem jakiego´s rytuału ich osobliwego kultu. Gdy mijałem z˙ ołnierzy, za´spiewali — czy te˙z raczej zaintonowali — jeden ze swoich hymnów. Nie próbowałem wsłuchiwa´c si˛e w słowa, lecz trzy poczatko˛ ˙ we mimo woli wpadły mi w ucho. Zołnierzu, nie pytaj. . . brzmiały trzy słowa otwierajace, ˛ jak si˛e pó´zniej dowiedziałem, ich osobliwy hymn bojowy, s´piewany w chwilach szczególnej rado´sci oraz w wigili˛e bitwy. ˙ Zołnierzu, nie pytaj. . . rozbrzmiewało mi przez cały czas szyderczo w uszach, gdy odje˙zd˙załem z nie podpisana˛ wcia˙ ˛z przepustka˛ Dave’a w kieszeni. I raz jeszcze wezbrała we mnie w´sciekło´sc´ , i raz jeszcze poprzysiagłem ˛ sobie, z˙ e Dave nie b˛edzie potrzebował z˙ adnej przepustki. Przez cały nadchodzacy ˛ dzie´n na linii 61
frontu ani na chwil˛e nie spuszcz˛e go z oka i w mojej obecno´sci znajdzie obron˛e i całkowite bezpiecze´nstwo.
Rozdział 9 Gdy rano w holu mego hotelu wysiadłem z kolejki podziemnej, łacz ˛ acej ˛ port kosmiczny z Blauvain, była godzina szósta trzydzie´sci. W oczach miałem piasek i wargi suche jak pieprz, jako z˙ e od dwudziestu czterech godzin nie zmru˙zyłem oka. Nadchodzacy ˛ dzie´n zapowiadał wiele wydarze´n, wi˛ec prawdopodobnie równie˙z przez nast˛epne dwadzie´scia cztery nie mogłem liczy´c na odpoczynek. Ale praca przez dwa lub trzy dni na okragło, ˛ bez odrobiny snu, to ryzyko zawodowe reportera. Docierasz do informacji, sytuacja z sekundy na sekund˛e mo˙ze si˛e zmieni´c i póki si˛e to nie stanie, po prostu musisz trzyma´c r˛ek˛e na pulsie. Powinienem by´c wystarczajaco ˛ przytomny, a gdyby w ostatniej chwili co´s okazało si˛e nie tak, jak trzeba, miałem jeszcze tabletki, które pozwoliłyby mi to przetrzyma´c. Tak si˛e jednak zło˙zyło, z˙ e znalazłem w recepcji co´s, co z miejsca poprawiło mi nastrój i wybiło z głowy ochot˛e do spania. Był to list od Eileen. Odszedłem na bok i nacisnałem ˛ kopert˛e. Najdro˙zszy Tam! Wio´snie dostałam Twój list, w którym donosisz, z˙ e chcesz zabra´c Dave’a z linii frontu i zatrzyma´c go jako asystenta. Jestem taka szcz˛es´liwa, z˙ e wprost nie mam słów, by wyrazi´c swoje uczucia. Nigdy by mi do glowy nie przyszlo, z˙ e kto´s taki jak ty, Ziemianin, wcia˙ ˛z w Gildii reporterów zaledwie czeladnik, móglby dla nas co´s takiego zrobi´c. Jak mam Ci dzi˛ekowa´c? I czy zdołasz mi przebaczy´c z˙ ywot, jaki wiodłam przez ostatnie pi˛ec´ lat, nie piszac ˛ i nie interesujac ˛ si˛e, co u Was wszystkich słycha´c? Nie byłam dla Ciebie dobra˛ siostra.˛ Ale to tylko dlatego, i˙z zdawałam sobie spraw˛e, jaka jestem bezradna i bezu˙zyteczna, i przez cały czas, nawet jeszcze jako mała dziewczynka, czułam, z˙ e w gł˛ebi duszy wstydzisz si˛e mnie i zaledwie tolerujesz. I kiedy jeszcze powiedziałe´s mi owego dnia w bibliotece, z˙ e moje mał˙ze´nstwo z Jamethonem Blackiem nigdy by nie moglo si˛e uda´c — nawet wówczas dobrze wiedziałam, z˙ e masz racj˛e, to, co o mnie mówiłe´s, było szczera˛ prawda˛ — ale nie mogłam si˛e powstrzyma´c, by Ci˛e za to nie znienawidzi´c. Wydawało mi si˛e wówczas, z˙ e tak naprawd˛e to byłe´s dumny z faktu, z˙ e udało Ci si˛e nie dopu´sci´c do tego, bym odeszła z Jamiem. 63
Dopiero to, co teraz robisz, by ochroni´c Dave’a, pokazało mi, jak bardzo si˛e co do Ciebie myliłam i jak bardzo, bardzo musz˛e odpokutowa´c za to, z˙ e mogłam tak my´sle´c. Odkad ˛ Mama i Tatu´s umarli, tylko ty jeden zostałe´s mi na całym s´wiecie i naprawd˛e Ci˛e kochałam, cho´c nieraz wydawało mi si˛e, z˙ e wcale Ci na tym nie zale˙zy, nie bardziej ni˙z wujkowi Mathiasowi. W ka˙zdym razie odkad ˛ spotkałam Dave’a, a on si˛e ze mna˛ o˙zenił, wszystko to ju˙z nale˙zy do przeszło´sci. Musisz przyjecha´c kiedy´s na Cassid˛e do Alban i zobaczy´c nasze mieszkanie. Mieli´smy wielkie szcz˛es´cie, z˙ e dali nam takie du˙ze. To mój pierwszy prawdziwy własny dom i my´sl˛e, z˙ e b˛edziesz zdumiony, widzac, ˛ jak wspaniale go urzadzili´ ˛ smy. Dave, je´sli go zapytasz, opowie Ci o wszystkim — nie uwa˙zasz, z˙ e jest cudowny, to znaczy jak na kogo´s, kto zechcial mnie po´slubi´c? Jest taki dobry i taki lojalny. Czy wiesz, z˙ e kiedy mieli´smy si˛e pobra´c, pragnał, ˛ bym Ci˛e zawiadomiła o naszym s´lubie pomimo tego, co wtedy do Ciebie czułam? Ale ja nie chciałam. Tylko z˙ e oczywi´scie to on miał słuszno´sc´ . On ma zawsze słuszno´sc´ , tak samo jak ja zawsze jestem w biedzie, dobrze o tym wiesz, Tam. Ale raz jeszcze Ci dzi˛ekuj˛e, dzi˛ekuj˛e Ci za wszystko, co robisz dla Dave’a, i niech towarzyszy Warn cała moja miło´sc´ . Powiedz Dave’owi, z˙ e jeszcze dzisiaj napisz˛e do niego równie˙z, ale wydaje mi si˛e, z˙ e jego poczta połowa nie dotrze tak szybko, jak Twoja. Szczerze kochajaca ˛ Eileen Wcisnałem ˛ list wraz z koperta˛ do kieszeni i poszedłem na gór˛e do swojego pokoju. Miałem zamiar pokaza´c pismo Dave’owi, ale po drodze, na my´sl o zawartym w nim ogromie wdzi˛eczno´sci i obwinianiu si˛e przez Eileen o to, z˙ e nie była przykładna˛ siostra,˛ poczułem si˛e nieoczekiwanie zakłopotany. Ja te˙z nie nale˙załem do oddanych braci, a to, co robiłem dla Dave’a, mogło wyglada´ ˛ c na wielkie rzeczy, lecz w rzeczywisto´sci nie było niczym nadzwyczajnym. Niewiele wi˛ecej ni˙z, odwzajemniajac ˛ przysług˛e zawodowa,˛ mógłbym zrobi´c dla zupełnie obcego człowieka. W gruncie rzeczy sprawiła, z˙ e poczułem si˛e cokolwiek zawstydzony swa˛ własna˛ osoba˛ i jednocze´snie absurdalnie uradowany wiadomo´sciami od Eileen. By´c mo˙ze oka˙ze si˛e, z˙ e mimo wszystko potrafimy z˙ y´c jak normalni ludzie. Je´sli oboje z Dave’em pałaja˛ do siebie takim uczuciem, bez watpienia ˛ niezadługo doczekam si˛e małych siostrze´nców lub siostrzenic. Kto wie — mo˙ze nawet w ko´ncu sam si˛e o˙zeni˛e (ni z tego, ni z owego przesunał ˛ mi si˛e przed oczami obraz Lizy) i doczekam potomstwa? Mo˙ze sko´nczy si˛e na tym, z˙ e nasz ród rozproszy si˛e po półtuzinie s´wiatów, jak wi˛ekszo´sc´ grup rodzinnych w dzisiejszych czasach? W ten sposób zadam kłam twierdzeniom Mathiasa, pomy´slałem sobie w duchu. A tak˙ze Padmy. Takie oto absurdalne, acz radosne marzenia na jawie zaprzatały ˛ mnie, gdy dotarłem do drzwi i przypomniałem sobie, z˙ e nie podjałem ˛ decyzji, czy pokaza´c list Dave’owi. Lepiej niech troch˛e poczeka, zadecydowałem, i przeczyta list przeznaczony dla siebie, który zgodnie ze słowami Eileen powinien wkrótce nadej´sc´ . 64
Otwarłem szeroko drzwi i wszedłem do s´rodka. Dave był ju˙z na nogach, ubrany i spakowany. Na mój widok wyszczerzył rado´snie z˛eby, co na ułamek sekundy przej˛eło mnie zdziwieniem, póki nie dotarło do mej s´wiadomo´sci, i˙z musiałem wej´sc´ do pokoju z u´smiechem na twarzy. — Miałem wiadomo´sc´ od Eileen — powiedziałem. — Tylko kilka słów. Mówiła, z˙ e list do ciebie jest w drodze, lecz mo˙ze potrwa´c dzie´n lub dwa, nim ci go ode´sla˛ z jednostki. Na te słowa u´smiechnał ˛ si˛e promiennie i zeszli´smy na s´niadanie. Posiłek pomógł mi si˛e rozbudzi´c i zaraz po jedzeniu wybrali´smy si˛e do naczelnego dowództwa wojsk cassida´nskich i miejscowych. Dave sprawował piecz˛e nad moim sprz˛etem nagrywajacym, ˛ który nie nale˙zał do specjalnie wielkich ani ci˛ez˙ kich. Cz˛esto nosiłem go sam bez z˙ adnego wysiłku. To, z˙ e si˛e nim zajmował, pozwalało mi skoncentrowa´c si˛e na bardziej finezyjnych aspektach reporta˙zu. W Kwaterze Głównej obiecano mi wojskowy poduszkowiec, jeden z tych małych dwuosobowych wozów typu zwiadowczego. Kiedy jednak dotarłem do bazy transportu, zmuszony byłem ustawi´c si˛e w kolejce za komandorem polnym, który czekał, a˙z jego ruchomy punkt dowodzenia otrzyma wyposa˙zenie specjalne. Moim pierwszym impulsem było zrobi´c dla zasady awantur˛e z powodu konieczno´sci czekania. Jednak po namy´sle zdecydowałem, z˙ e tego nie zrobi˛e. To nie był zwyczajny komandor polny. Wysoki, szczupły m˛ez˙ czyzna, o czarnych, szorstkich i z lekka k˛edzierzawych włosach, miał twarz gruboko´scista.˛ lecz szczera˛ i u´smiechni˛eta.˛ Wspominałem ju˙z, z˙ e jestem do´sc´ wysoki jak na Ziemianina. Otó˙z ów komandor polny nale˙zał do wysokich nawet jak na Dorsaja, którym był bez watpienia. ˛ W dodatku miał w sobie co´s — owa˛ cech˛e, dla której nie wymy´slono jeszcze nazwy, a która jest dziedzicznym przywilejem jego ludu. Co´s wi˛ecej ni˙z sama˛ tylko sił˛e, budzac ˛ a˛ postrach powierzchowno´sc´ czy odwag˛e. Co´s kra´ncowo odmiennego od tych impetycznych warto´sci osobowych. Był to ni mniej, ni wi˛ecej tylko spokój — cecha nie podlegajaca ˛ dyskusji, pozostajaca ˛ poza czasem i poza samym z˙ yciem. Od tamtej chwili miałem ju˙z nieraz okazj˛e przebywa´c na planecie Dorsaj i widziałem t˛e cech˛e równie˙z u niedorosłych chłopców, a nawet niektórych dzieci. Ludzi tych mo˙zna pozabija´c — wszyscy zrodzeni z kobiety sa˛ s´miertelni — lecz niczym s´wiatło ostrzegawcze bije od nich oczywista prawda, z˙ e nie mo˙zna ich pokona´c ani w grupie, ani indywidualnie. Zwyci˛estwo nad dorsajskim charakterem narodowym jest nie do pomy´slenia. Ono w jaki´s sposób rzeczywi´scie nie jest mo˙zliwe. Tak wi˛ec wszystkie te cechy posiadał ten komandor polny niejako automatycznie jako dodatek do wspaniałego z˙ ołnierskiego ciała i umysłu. Lecz oprócz tego i ponad tym było w nim jeszcze co´s dziwnego. Co´s, co w ogóle nie pasowało do całej reszty dorsajskiego charakteru. Był to bijacy ˛ z jego psychiki niezwykle pot˛ez˙ ny strumie´n słonecznego ciepła, 65
które udzielało si˛e nawet mnie, stojacemu ˛ w odległo´sci kilku metrów od kr˛egu z˙ ołnierzy, którzy otaczali go wianuszkiem niczym samosiejki wiazów, ˛ szukajace ˛ pod d˛ebem osłony od wiatrów. Rado´sc´ z˙ ycia wydawała si˛e bucha´c od tego dorsajskiego oficera takim z˙ arem, z˙ e rozniecała podobna˛ rado´sc´ w ludziach zebranych wokół. Nawet we mnie, stojacym ˛ na uboczu i niezbyt — rzekłbym — z natury podatnym na takie wpływy. Lecz by´c mo˙ze to list od Eileen sprawił, z˙ e owego ranka byłem szczególnie wyczulony. To te˙z mo˙zliwe. Była jeszcze jedna rzecz, która˛ od razu dostrzegło me oko zawodowca, a która nie miała nic wspólnego z zaletami charakteru. Otó˙z jego mundur miał kolor bł˛ekitu polowego i waski ˛ krój, co sugerowało, z˙ e nale˙zał nie do cassida´nskich, lecz egzotycznych sił zbrojnych. Bogaci i pot˛ez˙ ni Exotikowie ze wzgl˛edów filozoficznych powstrzymujacy ˛ si˛e od osobistego stosowania przemocy, posiadali najlepsze wojska zaci˛ez˙ ne, jakie tylko mo˙zna sobie było wymarzy´c pomi˛edzy gwiazdami. A to znaczyło oczywi´scie, i˙z niezmiernie du˙zy procent tych wojsk, a przynajmniej ich kadry oficerskiej, stanowili Dorsajowie. Có˙z wi˛ec robił tu dorsajski komandor polny, z po´spiesznie dodanym do munduru Exotików nowoziemskim naramiennikiem, w otoczeniu nowoziemskich i cassida´nskich oficerów sztabowych na dodatek? Je´sli był nowym nabytkiem b˛edacej ˛ u kresu sił armii Południowej Partycji Nowej Ziemi, to zaiste niezwykle szcz˛es´liwy przypadek sprawił, z˙ e pojawił si˛e nast˛epnego ranka po nocy, która, jak to przypadkiem wiedziałem, wypełniona była w Kwaterze Głównej Zaprzyja´znionych w Contrevale goraczkow ˛ a˛ aktywno´scia˛ planistyczna.˛ Tylko czy był to na pewno przypadek? Nie chciało mi si˛e wierzy´c, by Cassidanie zdołali ju˙z si˛e dowiedzie´c o naradzie sztabowców u Zaprzyja´znionych. Kadry Nowoziemskich Słu˙zb Wywiadowczych, obsadzone lud´zmi pokroju komendanta Frane’a, były, je´sli chodzi o umiej˛etno´sci szpiegowskie, raczej mierne, natomiast Kodeks Najemników, na mocy którego zaciagali ˛ si˛e na słu˙zb˛e zawodowi z˙ ołnierze wszystkich s´wiatów, głosił, i˙z najemnik nie mo˙ze bez munduru bra´c udziału w z˙ adnej misji wywiadowczej. Lecz mimo wszystko zbieg okoliczno´sci wydawał si˛e w tym wypadku zbyt łatwym wytłumaczeniem. — Zosta´n tu — powiedziałem do Dave’a. Ruszyłem naprzód, by wmiesza´c si˛e w tłum sztabowców kł˛ebiacy ˛ si˛e wokół tego niezwykłego komandora polnego z Dorsaj i czego´s si˛e o nim dowiedzie´c z pierwszej r˛eki. Lecz w tej˙ze chwili podjechał wóz dowodzenia, a oficer wsiadł i ruszył, nim zda˙ ˛zyłem do niego dotrze´c. Zauwa˙zyłem, i˙z skierował si˛e na południe ku linii frontu. Nie chciałem niepokoi´c oficerów, którzy po odej´sciu komandora zacz˛eli si˛e rozchodzi´c. Zachowałem pytania dla nowoziemskiego zawodowego szeregowca, który przyprowadził mój poduszkowiec. Powinien wiedzie´c nie mniej ni˙z 66
oficerowie i nie mie´c zahamowa´n, by si˛e ta˛ wiedza˛ ze mna˛ podzieli´c. Komandor polny, jak si˛e dowiedziałem, istotnie został Siłom Zbrojnym Partycji Północnej u˙zyczony zaledwie dzie´n wcze´sniej na rozkaz Exotika Outbonda nazwiskiem Patma lub Padma. Co dziwniejsze, ów oficer był krewnym Donala Graeme’a, w przyj˛eciu na cze´sc´ którego wziałem ˛ udział — cho´c Donal, o ile wiedziałem, był pod dowództwem Henrika Galta na freilandzkiej, a nie egzotycznej słu˙zbie. — Kensie Graeme, tak si˛e nazywa — mówił z˙ ołnierz z bazy transportowej. — I ma brata bli´zniaka, wiedział pan o tym? A przy okazji, umie pan prowadzi´c taki wóz? — Owszem — odpowiedziałem. Zda˙ ˛zyłem ju˙z si˛e usadowi´c za dra˙ ˛zkiem sterowniczym, Dave za´s usiadł obok. Nacisnałem ˛ przycisk wznoszenia si˛e i pod´zwign˛eli´smy si˛e na dwudziestocentymetrowej poduszce powietrznej. — Czy jego brat bli´zniak równie˙z jest tutaj? — Nie, zdaje si˛e został na Kultis — odrzekł z˙ ołnierz. — Powiadaja,˛ z˙ e jest równie zgorzkniały, co ten zadowolony z z˙ ycia. Obaj dostali podwójny przydział jednego lub drugiego. Gdyby nie to, podobno byliby nie do odró˙znienia. . . ten drugi jest równie˙z komandorem polnym. — Jak ma ten drugi na imi˛e? — spytałem gotowy do odjazdu, z r˛eka˛ na dra˙ ˛zku. Przez chwil˛e marszczył brwi w zamy´sleniu, po czym potrzasn ˛ ał ˛ głowa.˛ — Nie pami˛etam — odparł. — Jako´s tak krótko, zdaje si˛e Ian. — Tak czy owak, dzi˛ekuj˛e — powiedziałem i wystartowałem. Kusiło mnie, by skierowa´c si˛e w stron˛e, w która˛ udał si˛e Kensie Graeme, na południe, ale ubiegłej nocy zaplanowałem ju˙z sobie wszystko, wracajac ˛ z Kwatery Głównej Zaprzyja´znionych. Kiedy brak ci snu, nierozsadnie ˛ jest. zmienia´c plany bez dostatecznie wa˙znego powodu. Jak˙ze cz˛esto spowodowane niewyspaniem ot˛epienie wystarcza, by´s zapomniał o jakiej´s istotnej przyczynie, która skłoniła ci˛e do uło˙zenia pierwotnego planu. Jakiej´s istotnej przyczynie, która pó´zniej — za pó´zno — przypomni ci si˛e na własne utrapienie. Przyjałem ˛ sobie zatem za zasad˛e, by nigdy nie zmienia´c planów pod wpływem nagłego impulsu, je˙zeli nie mam pewno´sci, z˙ e mój umysł pracuje na pełnych obrotach. Zasada ta cz˛es´ciej przynosi korzy´sci ni˙z straty. Cho´c oczywi´scie nie ma reguły bez wyjatków. ˛ Wznie´sli´smy si˛e poduszkowcem na wysoko´sc´ około stu metrów i podczas gdy proporczyk Słu˙zby Prasowej na kadłubie migotał w sło´ncu, a sygnalizator ostrzegawczy nadawał komunikat o naszej neutralno´sci, poda˙ ˛zyli´smy wzdłu˙z pozycji cassida´nskich na północ. Liczyłem na to, z˙ e póki nie rozpocznie si˛e ostrzał artyleryjski, proporczyk i sygnalizator powinny wystarczy´c do zapewnienia nam bezpiecze´nstwa na tej wysoko´sci. Skoro za´s raz rozpocznie si˛e prawdziwa walka, najmadrzej ˛ postapimy ˛ szukajac, ˛ niczym zraniony ptak, schronienia na ziemi. Do tego czasu, póki jeszcze mo˙zna było bezpiecznie przebywa´c w powietrzu, miałem zamiar poszybowa´c wzdłu˙z linii frontu, najpierw na północ (gdzie zakr˛e67
cała ona w kierunku Contrevale i Kwatery Głównej Zaprzyja´znionych), a potem na południe — i zobaczy´c, czy uda mi si˛e odgadna´ ˛c, jaki to plan mogli wymy´sli´c Bright lub jego czarno odziani oficerowie. Linia prosta, rozdzielajaca ˛ oba nieprzyjacielskie obozy z centrami w Blauvain i Contrevale, przebiegałaby niemal dokładnie z południa na północ. Rzeczywista linia frontu w rozpoczynajacej ˛ si˛e bitwie przecinała t˛e wyimaginowana˛ o´s północ-południe pod katem, ˛ jej północny kraniec odchylał si˛e ku Contrevale i Kwaterze Głównej Zaprzyja´znionych, południowy za´s dotykał niemal przedmie´sc´ Blauvain, miasta liczacego ˛ ponad sze´sc´ dziesiat ˛ tysi˛ecy mieszka´nców. Linia frontu była wi˛ec, jako cało´sc´ , o wiele bli˙zsza Blauvain ni˙z Contrevale — co stawiało siły cassida´nsko-nowoziemskie w niekorzystnej sytuacji. Nie mogły, chcac ˛ zachowa´c jednocze´snie zdolno´sc´ do utrzymania prostej linii frontu i łaczno´ ˛ sc´ niezb˛edna˛ do skutecznej obrony, wycofa´c si˛e na swym południowym skrzydle dalej ni˙z do miasta wła´sciwego. Ju˙z przez to wojskom z Zaprzyja´znionych udało si˛e zepchna´ ˛c swych przeciwników na gorsze pozycje taktyczne. Z drugiej jednak strony kat ˛ nachylenia linii frontu był dostatecznie ostry na to, by główne siły wojsk z Zaprzyja´znionych znalazły si˛e wewnatrz ˛ obszaru wyznaczonego północnym kra´ncem pozycji cassida´nskich. Zało˙zywszy istnienie dodatkowych rezerw w postaci nowych oddziałów oraz odwa˙zniejsze dowództwo, byłem zdania, i˙z s´miały wypad z kra´nca północnego skrzydła wojsk cassida´nskich mógłby przecia´ ˛c łaczno´ ˛ sc´ pomi˛edzy wysuni˛etymi pozycjami Zaprzyja´znionych na południu a ich dowództwem naczelnym usytuowanym na tyłach niedaleko Contrevale. Przyniosłoby to przynajmniej t˛e korzy´sc´ , z˙ e posiałoby w szeregach Zaprzyja´znionych zam˛et, który zdecydowana taktyka Cassidan mogłaby wyzyska´c. Nic jednak do tej pory nie wskazywało na to, by mieli oni takie zamiary. Teraz Cassidanie z komandorem polnym z Dorsaj mogliby pokusi´c si˛e o realizacj˛e niektórych z tych planów — je´sli mieli na to do´sc´ czasu i ludzi. Wydawało mi si˛e jednak mało prawdopodobne, by Zaprzyja´znieni, po tym, jak sp˛edzili cała˛ noc siedzac ˛ nad planami, byli dzi´s skłonni siedzie´c nad nimi dalej, w czasie gdy Cassidanie b˛eda˛ próbowa´c przecia´ ˛c linie komunikacyjne nieprzyjaciela. Podstawowe pytanie brzmiało: co zamierzaja˛ zrobi´c Zaprzyja´znieni? Opisana wy˙zej taktyka była według mnie jedyna˛ mo˙zliwa˛ do przyj˛ecia przez Cassidan. Zupełnie jednak nie mogłem sobie wyobrazi´c, w jaki sposób Zaprzyja´znieni spróbuja˛ wykorzysta´c zdobyte przez siebie pozycje i sytuacj˛e taktyczna.˛ Znajdujacy ˛ si˛e na przedmie´sciach Blauvain południowy kraniec linii frontu wypadał po wi˛ekszej cz˛es´ci w szczerym polu, gdzie wygładzone przez lodowce stoki pofałdowanych wzgórz pokrywały obsiane kukurydza˛ pola i pastwiska dla bydła. Na północy równie˙z znajdowały si˛e wzgórza poro´sni˛ete połaciami lasu, górujacymi ˛ nad okolica˛ zagajnikami złotej brzozy, która znalazła sobie tu, na Nowej Ziemi, wygodniejsze ni˙z na macierzystej planecie schronienie. Wilgotne, wygła68
dzone przez lodowce wy˙zyny Partycji Południowej sprawiały, z˙ e poszczególne drzewa wyrastały niemal dwa razy wy˙zej ni˙z na Ziemi — blisko na sze´sc´ dziesiat ˛ metrów — i tworzyły swymi koronami taka˛ g˛estwin˛e, z˙ e oprócz miejscowego mchopodobnego porostu nie mogło si˛e pod nimi utrzyma´c z˙ adne inne poszycie. W rezultacie pod ich konarami rozpo´scierała si˛e mroczna kraina rodem z legendy o Robin Hoodzie, gdzie pot˛ez˙ ne, pokryte łuszczac ˛ a˛ si˛e kora,˛ szare i srebrnozłote pnie o grubo´sci do dwóch metrów, niczym wyrastajace ˛ z mroków filary, podtrzymywały upstrzone promieniami słonecznymi ciemne sklepienie listowia. Dopiero spogladaj ˛ ac ˛ na nie z góry, przypomniałem sobie, jak wyglada ˛ sytuacja pod nim, i za´switało mi, z˙ e w owej chwili pod jego osłona˛ mo˙ze przemieszcza´c si˛e dowolna liczba wojsk, a ja z wysoko´sci mego poduszkowca nie ujrz˛e nawet jednego hełmu czy karabinu. Krótko mówiac ˛ — Zaprzyja´znieni mogliby pod osłona˛ drzew przypu´sci´c na dole walne uderzenie, a ja bym nawet o tym nie wiedział. W s´lad za my´slami poszły zaraz czyny. Na konto niewyspania zło˙zyłem brak przenikliwo´sci, który sprawił, z˙ e do tej pory nie przyszło mi to rozwiazanie ˛ do głowy. Szerokim łukiem zawróciłem poduszkowca, kierujac ˛ si˛e na skraj jednego z zagajników, gdzie znajdowało si˛e stanowisko obronne cassida´nskiej baterii z wystajac ˛ a˛ okragł ˛ a˛ paszcza˛ działa sonicznego, i zaparkowałem. Tu, na otwartej przestrzeni, zbyt wiele było sło´nca dla mchowatego porostu, za to wsz˛edzie rosły wysokie po kolana miejscowe trawy, które, chylac ˛ si˛e pod naporem wiatru, falowały niczym powierzchnia jeziora. Wysiadłem i zaczałem ˛ brna´ ˛c w kierunku przecinki prowadzacej ˛ do s´rodka k˛epy krzewów maskujacych ˛ stanowisko działa. Dzie´n robił si˛e goracy. ˛ — Czy sa˛ jakie´s oznaki porusze´n Zaprzyja´znionych, tutaj albo w lasach le˙za˛ cych wy˙zej? — zapytałem starszego grupowego dowodzacego ˛ bateria.˛ — Z tego, co wiemy. . . z˙ adnych — odparł. Był szczupłym, niezwykle delikatnym młodzie´ncem, z zaawansowana˛ przedwczesna˛ łysina.˛ Kurtk˛e mundurowa˛ miał rozpi˛eta˛ pod szyja.˛ — Wysłano patrole. — Hmm — odrzekłem. — Spróbuj˛e troch˛e bardziej z przodu. Dzi˛ekuj˛e. Wróciłem do poduszkowca, uniosłem si˛e ponownie, tym razem utrzymujac ˛ si˛e na wysoko´sci zaledwie pi˛etnastu centymetrów ponad poziomem przeszkód naziemnych, i skierowałem do lasu. Tu było nieco chłodniej. Zagajnik, w który si˛e zagł˛ebili´smy, prowadził do nast˛epnego, a ten znów do nast˛epnego. W trzecim z kolei zagajniku zostali´smy wywołani i okazało si˛e, z˙ e natkn˛eli´smy si˛e na cassida´nski patrol. Jego członkowie przypadli do ziemi, niewidoczni z wymierzona˛ w nas od chwili wywołania bronia˛ i póki tu˙z przy samym wozie nie podniósł si˛e z ziemi przodownik roty z kwadratowa˛ twarza,˛ samostrzałem w dłoni i opuszczona˛ przyłbica˛ hełmu, nie udało mi si˛e dojrze´c ani jednego człowieka. — Co tu, u diabła, robicie? — zapytał, podnoszac ˛ do góry przyłbic˛e. 69
— Prasa. Mamy zezwolenie na przekraczanie linii frontu i przebywanie na tym terenie. Chcecie zobaczy´c? — Wiesz pan, co mo˙zecie zrobi´c ze swoim zezwoleniem? — odparł. — Gdyby to ode mnie zale˙zało, ju˙z by´s pan to zrobił. I bez was cały ten interes wyglada ˛ jak jaka´s cholerna niedzielna majówka. Do´sc´ mamy kłopotów z pilnowaniem, by ludzie cho´c z grubsza zachowywali si˛e na polu walki jak z˙ ołnierze, bez takich wał˛esajacych ˛ si˛e wsz˛edzie typów jak wy. — A to dlaczego? — zapytałem z niewinna˛ mina.˛ — Macie jeszcze poza tym jakie´s kłopoty? Co to za kłopoty? — Od samego rana nie widzieli´smy ani jednego czarnego hełmu, oto jakie kłopoty! — odparł. — Ich wysuni˛ete stanowiska ogniowe sa˛ puste, a nie były takie jeszcze wczoraj, oto jakie kłopoty! Wstrzelcie anten˛e w podło˙ze skalne i posłuchajcie sobie przez pi˛ec´ sekund, a usłyszycie czołgi, mnóstwo ci˛ez˙ kich czołgów, i to nie dalej ni˙z pi˛etna´scie, dwadzie´scia kilometrów stad. ˛ Oto jakie kłopoty! A teraz, przyjacielu, powiedz mi, dlaczego nie zabierzesz si˛e za linie, by´smy jeszcze nie musieli si˛e na dodatek martwi´c o ciebie? — Z którego kierunku słyszeli´scie czołgi? Wskazał r˛eka˛ przed siebie, w stron˛e terytorium Zaprzyja´znionych. — Zatem w tym wła´snie kierunku si˛e udajemy — powiedziałem, opuszczajac ˛ si˛e na siedzenie poduszkowca i zabierajac ˛ do opuszczenia pokrywy dachowej. — Stój! — Jego głos powstrzymał mnie, nim zda˙ ˛zyłem zatrzasna´ ˛c pokryw˛e. — Je´sli jeste´scie mimo wszystko zdecydowani przedosta´c si˛e na terytorium wroga, nie mog˛e was zatrzyma´c. Ale moim obowiazkiem ˛ jest ostrzec was, z˙ e udajecie si˛e w tym kierunku na własna˛ odpowiedzialno´sc´ . Dalej zaczyna si˛e ziemia niczyja i macie wszelkie szans˛e natkna´ ˛c si˛e na bro´n automatyczna.˛ — Dobra, dobra. Uwa˙zajcie nas za ostrze˙zonych! Zatrzasnałem ˛ pokryw˛e z hałasem. By´c mo˙ze to brak snu przyprawił mnie o skłonno´sc´ do irytacji, lecz w owym czasie wydawało mi si˛e, z˙ e przodownik roty chce nam bez z˙ adnej potrzeby dokuczy´c. Widziałem, jak przypatruje si˛e nam ponuro, gdy uruchamiałem pojazd i ruszałem. By´c mo˙ze jednak byłem dla niego niesprawiedliwy. W´slizgn˛eli´smy si˛e mi˛edzy drzewa i po kilku sekundach stracili´smy go z oczu. Dalej posuwali´smy si˛e lasem, ponad łagodnie falujacym ˛ terenem, przeskakujac ˛ przez małe polanki, i jeszcze przez ponad pół godziny nie spotkali´smy z˙ ywej duszy. Wła´snie obliczałem sobie, z˙ e nie powinni´smy znajdowa´c si˛e dalej ni˙z o dwa, trzy kilometry od miejsca, skad ˛ według szacunków przodownika roty dochodzi´c miały odgłosy czołgów, kiedy to si˛e stało. Usłyszeli´smy gwałtowny huk, po nim natychmiast nastapiło ˛ uderzenie, które, zdawało si˛e, rzuciło mi nagle w twarz tablic˛e rozdzielcza,˛ przyprawiajac ˛ o utrat˛e przytomno´sci.
70
Poruszyłem powiekami i otworzyłem oczy. Dave wydobył si˛e ju˙z z uprz˛ez˙ y fotela i odpinajac ˛ moja,˛ pochylał si˛e nade mna˛ z zatroskana˛ twarza.˛ — Co to. . . ? — wymamrotałem. Lecz on nie zareagował na moje słowa, bez reszty pochłoni˛ety uwalnianiem mnie i wyciaganiem ˛ z poduszkowca. Chciał mnie uło˙zy´c na mchu, lecz gdy ju˙z znale´zli´smy si˛e na zewnatrz ˛ pojazdu, rozja´sniło mi si˛e w głowie. Pomy´slałem, z˙ e byłem bardziej oszołomiony ni˙z nieprzytomny. Ale kiedy odwróciłem głow˛e, by spojrze´c na poduszkowca, poczułem wdzi˛eczno´sc´ , z˙ e tylko tyle mnie spotkało. Najechali´smy na min˛e wibracyjna.˛ Oczywi´scie poduszkowiec, tak jak ka˙zdy pojazd zaprojektowany do u˙zywania na polu walki, wyposa˙zony był w wystajace ˛ z przodu pod ró˙znymi dziwnymi katami ˛ sensorowe pr˛ety i jeden z nich zdetonował min˛e, gdy jeszcze znajdowali´smy si˛e w odległo´sci kilku metrów od niej. Lecz mimo to przód pojazdu przypominał teraz kup˛e złomu, a tablica rozdzielcza przy kontakcie z moja˛ głowa˛ ucierpiała tak dalece, i˙z zadziwiajace ˛ było, z˙ e nie miałem na czole nawet jednego skaleczenia, cho´c ju˙z formował si˛e tam znacznych rozmiarów siniak. — Ju˙z dobrze, ju˙z dobrze! — powiedziałem z irytacja˛ w głosie do Dave’a. A potem, by ul˙zy´c nerwom, przeklinałem przez kilka minut poduszkowca. — Co teraz robimy? — zapytał Dave, gdy sko´nczyłem. — Idziemy pieszo na pozycje Zaprzyja´znionych. Do nich mamy najbli˙zej! — odburknałem. ˛ Przypomniało mi si˛e ostrze˙zenie przodownika roty i zaklałem ˛ raz jeszcze. Potem, jako z˙ e musiałem si˛e na kim´s wyładowa´c, warknałem ˛ na Dave’a: — Zapomniałe´s? Mamy tu jeszcze reporta˙z do zrobienia. Odwróciłem si˛e na pi˛ecie i dumnym krokiem ruszyłem w stron˛e, w która˛ skierowany był przód pojazdu. W pobli˙zu znajdowały si˛e prawdopodobnie inne miny wibracyjne, lecz idac ˛ pieszo nie byłem wystarczajaco ˛ ci˛ez˙ ki ani nie stanowiłem dostatecznie silnego z´ ródła zakłócenia, by zdetonowa´c zapalnik. Po chwili dogonił mnie Dave i razem w zupełnej ciszy stapali´ ˛ smy po mchopodobnym poro´scie mi˛edzy pot˛ez˙ nymi pniami drzew. Gdy obejrzałem si˛e za siebie, stwierdziłem, z˙ e poduszkowiec pozostał poza zasi˛egiem wzroku. Dopiero wówczas, kiedy ju˙z było za pó´zno, przyszło mi do głowy, z˙ e zapomniałem ustawi´c swój nar˛eczny wska´znik kierunku według przyrzadu ˛ znajduja˛ cego si˛e w wozie. Spojrzałem na´n teraz. Wygladało ˛ na to, i˙z pokazuje, z˙ e pozycje Zaprzyja´znionych znajduja˛ si˛e prosto przed nami. Je´sli korelacja ze wska´znikiem z wozu została zachowana, wszystko było w porzadku. ˛ Je´sli nie — po´sród ogromnych filarów pni drzewnych, na mi˛ekkim, nie ko´nczacym ˛ si˛e dywanie mchów, wszystkie kierunki wygladały ˛ równie obiecujaco. ˛ Zawrócenie z drogi po to, by odszuka´c poduszkowca i skorygowa´c korelacj˛e, mogło nas rzeczywi´scie narazi´c na zabładzenie. ˛ Có˙z, nic ju˙z nie mo˙zna było na to poradzi´c. Jedyne, co miało teraz sens, to 71
trzymajac ˛ si˛e raz wytyczonej linii, i´sc´ prosto przed siebie w ciszy i półmroku lasu. Zablokowałem wska´znik nar˛eczny tak, by wskazywał nasz obecny kierunek marszu, i postanowiłem by´c dobrej my´sli. Poszli´smy dalej — w kierunku pozycji Zaprzyja´znionych, miałem taka˛ nadziej˛e, gdziekolwiek by si˛e miały znajdowa´c.
Rozdział 10 Wystarczajaco ˛ dobrze przyjrzałem si˛e temu obszarowi z powietrza, by zdoby´c całkowita˛ pewno´sc´ , z˙ e niezale˙znie od tego, które wojska — cassida´nskie czy Zaprzyja´znionych — podejma˛ działania, nie b˛eda˛ si˛e one rozgrywały na otwartej przestrzeni. Trzymali´smy si˛e wi˛ec miejsc zalesionych, przechodzac ˛ z jednego do drugiego zagajnika. Z konieczno´sci oznaczało to, z˙ e nie b˛edziemy mogli posuwa´c si˛e prosto jak strzelił w kierunku wskazanym nam przez przodownika roty, lecz z˙ e b˛edziemy zmuszeni porusza´c si˛e zygzakiem, tak jak nas poprowadzi le´sna zasłona. Na piechot˛e był to kawał drogi. W południe, majac ˛ ju˙z do´sc´ maszerowania, usiedli´smy z Dave’em zje´sc´ zimny lunch, który zabrali´smy ze soba.˛ Od spotkania z cassida´nskim patrolem rano a˙z do południa nikogo nie widzieli´smy, niczego nie słyszeli´smy, nic te˙z nowego nie odkryli´smy. Z punktu, w którym zostawili´smy poduszkowca, posun˛eli´smy si˛e zaledwie około trzech kilometrów do przodu, za to na skutek nieregularnego uło˙zenia połaci lasu zboczyli´smy z pi˛ec´ kilometrów na południe. — Mo˙ze poszli sobie do domu, mam na my´sli Zaprzyja´znionych — z˙ artobliwie zasugerował Dave. Uniosłem głow˛e znad kanapki, by mu si˛e przypatrzy´c, i po wyszczerzonych w u´smiechu z˛ebach poznałem, z˙ e z˙ artuje. Zmusiłem si˛e, by odwzajemni´c u´smiech, jako z˙ e czułem, i˙z przynajmniej to mu si˛e ode mnie nale˙zy. Prawd˛e mówiac, ˛ okazał si˛e wy´smienitym asystentem, takim, co trzyma buzi˛e na kłódk˛e i unika robienia sugestii zrodzonych z niewiedzy nie tylko o sprawach wojny, ale i reporterki. — Nie — odparłem — co´s wisi w powietrzu. Byłem idiota,˛ z˙ e dopu´sciłem do straty poduszkowca. Po prostu nie damy rady obej´sc´ dostatecznie du˙zego obszaru na piechot˛e. Zaprzyja´znieni z jakiego´s powodu wycofali si˛e, przynajmniej z naszego ko´nca frontu. Prawdopodobnie po to, by pociagn ˛ a´ ˛c kontyngent cassida´nski za soba,˛ takie jest przynajmniej moje zdanie. Ale dlaczego do tej pory nie ujrzeli´smy czarnych mundurów w kontrataku. . . — Posłuchaj! — zawołał Dave. Odwrócił głow˛e i podniósł r˛ek˛e, powstrzymujac ˛ mnie tym gestem od mówie73
nia. Urwałem i nadstawiłem uszu. Ponad wszelka˛ watpliwo´ ˛ sc´ usłyszałem dochodzace ˛ z daleka ump, przytłumiony i zupełnie nieszkodliwy d´zwi˛ek, jak gdyby energiczna gospodyni strzepn˛eła koc. — Działa soniczne! — wykrzyknałem, ˛ zrywajac ˛ si˛e na równe nogi i stracaj ˛ ac ˛ resztki naszego lunchu na ziemi˛e. — Na Boga, co´s si˛e wreszcie zaczyna! Zaraz, zaraz. . . — zaczałem ˛ si˛e kr˛eci´c w kółko, próbujac ˛ rozszyfrowa´c, z którego kierunku dobiegał hałas. — To wyglada ˛ na jakie´s dwie´scie metrów od nas, po prawej stronie. . . Nie doko´nczyłem zdania. Nagle znale´zli´smy si˛e z Dave’em w samym centrum uderzenia gromu. Stwierdziłem, z˙ e le˙ze˛ na mchu i nie pami˛etam, jak si˛e tam znalazłem. Półtora metra ode mnie le˙zał Dave rozciagni˛ ˛ ety na ziemi, a niecałe pi˛etnas´cie metrów od nas znajdował si˛e płytki, nieckowaty obszar zrytej ziemi, otoczony drzewami, które sprawiały wra˙zenie rozsadzonych ci´snieniem wewn˛etrznym, gdy˙z białe drewno ich trzewi wygladało ˛ na połupane i starte na miazg˛e. — Dave! Przypadłem do´n i odwróciłem go na wznak. Oddychał i ujrzałem, z˙ e otworzył oczy. Białka były zaczerwienione, a z nosa leciała mu krew. Na ten widok u´swiadomiłem sobie, z˙ e równie˙z czuj˛e wilgo´c na górnej wardze i słony smak w ustach. Podniosłem dło´n do twarzy i stwierdziłem, z˙ e kapie mi krew z nosa. Starłem ja˛ jedna˛ r˛eka.˛ Druga˛ podniosłem Dave’a na nogi. — Ogie´n zaporowy! — zawołałem. — Dalej, Dave! Musimy si˛e stad ˛ zabiera´c. Po raz pierwszy wyobraziłem sobie reakcj˛e Eileen na wiadomo´sc´ , z˙ e nie udało mi si˛e odstawi´c go bezpiecznie do domu. Byłem całkowicie pewny, z˙ e moja elokwencja i intelekt zapewnia˛ mu ochron˛e na pozycjach wrogich armii. Lecz trudno jest dyskutowa´c z działem sonicznym prowadzacym ˛ ogie´n z odległo´sci od pi˛eciu do pi˛ec´ dziesi˛eciu kilometrów. Wreszcie udało mu si˛e stana´ ˛c na własnych nogach. Znalazł si˛e bli˙zej miejsca „wybuchu” kapsuły sonicznej ode mnie, lecz na szcz˛es´cie efektywna strefa d´zwi˛ekowej eksplozji ma kształt dzwonu, szersza˛ kraw˛edzia˛ obróconego do dołu. Tak wi˛ec obaj znale´zli´smy si˛e na obrze˙zu tego gwałtownego zaburzenia równowagi wewn˛etrznego i zewn˛etrznego ci´snienia. Dave był tylko nieco bardziej ode mnie oszołomiony. Tote˙z nie czekali´smy dłu˙zej, by całkowicie doj´sc´ do siebie, tylko drałowali´smy stamtad ˛ ile sil w nogach, w dalszym ciagu ˛ po skosie, w stron˛e, gdzie wedle mojego wska´znika kierunku winny znajdowa´c si˛e pozycje cassida´nskie. Wreszcie zatrzymali´smy si˛e, by złapa´c oddech, i ci˛ez˙ ko dyszac ˛ usiedli´smy na ziemi. Za soba˛ wcia˙ ˛z słyszeli´smy niedalekie ump, ump wybuchów salwy zaporowej. — W porzadku ˛ — wysapałem w stron˛e Dave’a. — Najpierw zdejma˛ ogie´n zaporowy i wy´sla˛ piechot˛e, a dopiero potem wejda˛ bronia˛ pancerna.˛ Z z˙ ołnierzami mo˙zemy si˛e jako´s dogada´c. Z działem sonicznym albo pojazdem pancernym nigdy si˛e ta sztuka nie uda. Mo˙zemy s´miało posiedzie´c tutaj i zebra´c si˛e w kup˛e, 74
a potem ruszymy w bok wzdłu˙z linii frontu, aby połaczy´ ˛ c si˛e albo z oddziałem cassida´nskim, albo z pierwsza˛ fala˛ Zaprzyja´znionych — zale˙zy, na kogo wpadniemy. Ujrzałem, i˙z przyglada ˛ mi si˛e z wyrazem twarzy, którego nie mogłem zgł˛ebi´c. Wreszcie, ku swemu zdumieniu, rozpoznałem w nim podziw. — Uratowałe´s mi z˙ ycie — rzekł. — Uratowałem ci co. . . ? — urwałem. — Słuchaj, Dave! Daleki jestem od tego, by od˙zegnywa´c si˛e od zasługi, gdy mi si˛e ona słusznie nale˙zy. Ale ten pocisk soniczny tylko ci˛e na sekund˛e ogłuszył. — Ale wiedziałe´s, co robi´c, kiedy doszli´smy do siebie — zaoponował. — I nie pomy´slałe´s o tym, by si˛e ratowa´c samemu. Poczekałe´s, a˙z stan˛e na nogi, i jeszcze pomogłe´s mi si˛e stamtad ˛ wydosta´c. Pokr˛eciłem przeczaco ˛ głowa˛ i na tym poprzestałem. Gdyby oskar˙zył mnie, i˙z próbowałem si˛e ratowa´c samemu, równie˙z bym uznał, i˙z szkoda fatygi, by wyprowadza´c go z bł˛edu. Tym bardziej wi˛ec dlaczego miałbym si˛e fatygowa´c, skoro był łaskaw doj´sc´ do wniosków zupełnie przeciwnych? Je´sli sprawiało mu przyjemno´sc´ uwa˙za´c mnie za bohatera o szlachetnym sercu, to prosz˛e uprzejmie. — Jak uwa˙zasz — powiedziałem. — Chod´zmy! Podnie´sli´smy si˛e z ziemi na cokolwiek mi˛ekkich nogach — bez watpienia ˛ wybuch osłabił nas obu — i wyruszyli´smy na południe po skosie, który powinien doprowadzi´c nas do punktu przeci˛ecia z jedna˛ z cassida´nskich linii obrony, je´sli rzeczywi´scie byli´smy tak dalece wysuni˛eci przed ich główne pozycje, jak o tym s´wiadczyło wcze´sniejsze spotkanie z patrolem. Po krótkiej chwili ump, ump zapory ogniowej przesun˛eło si˛e z kierunku po naszej prawej stronie na obszar le˙zacy ˛ przed nami i wreszcie ucichło w oddali. Na przekór samemu sobie poczułem, z˙ e troszk˛e si˛e denerwuj˛e, czy uda si˛e nam — a taka˛ miałem nadziej˛e — natrafi´c na jakich´s Cassidan, nim ogarnie nas piechota Zaprzyja´znionych. Incydent z kapsuła˛ soniczna˛ przypomniał mi, jak wielka˛ rol˛e w sprawach z˙ ycia i s´mierci odgrywa na polu bitwy przypadek. Wolałbym widzie´c Dave’a w bezpiecznym miejscu, pod ochrona˛ stanowiska ogniowego, gdzie miałbym szans˛e porozmawiania z którym´s z z˙ ołnierzy w czarnych mundurach, zanim rozpocznie si˛e strzelanina. Mnie nie groziło z˙ adne niebezpiecze´nstwo. Falujaca ˛ peleryna reportera, której barwy ustawiłem dzisiaj na o´slepiajac ˛ a˛ biel i szkarłat, ogłaszała wszem wobec, tak daleko, jak tylko wzrok si˛ega, z˙ e nie bior˛e udziału w walce. Tymczasem Dave w dalszym ciagu ˛ miał na sobie szary mundur polowy wojsk cassida´nskich, tyle tylko z˙ e bez insygniów i odznak wojskowych, ale z biała˛ opaska˛ obserwatora na ´ ramieniu. Scisn ałem ˛ kciuki na szcz˛es´cie. I szcz˛es´cie nam dopisało, cho´c nie a˙z tak, by zaprowadzi´c nas pod osłon˛e cassida´nskiego stanowiska ogniowego. Mały le´sny przesmyk, wspinajacy ˛ si˛e na grzbiet wzgórza, zaprowadził nas na jego wierzchołek, gdy o´slepiajaca ˛ w panuja˛ 75
cym pod drzewami półmroku czerwono˙zółta flara buchn˛eła ostrzegawczym płomieniem o dwa metry przed nami. Dosłownie jednym ciosem w plecy zbiłem z nóg Dave’a, a sam stanałem ˛ w miejscu jak wryty, wymachujac ˛ jak wiatrak r˛ekoma. — Prasa! — wrzasnałem. ˛ — Prasa! Jestem obserwatorem! — Widz˛e, z˙ e jeste´s tym cholernym reporterem! — zawołał w odpowiedzi głos gotujacy ˛ si˛e z gniewu i stłumiony ostro˙zno´scia.˛ — Chod´zcie tu obaj i bad´ ˛ zcie cicho! Podałem Dave’owi r˛ek˛e i, wcia˙ ˛z jeszcze na wpół o´slepieni, skierowali´smy si˛e w kierunku, z którego dochodził głos. Po drodze odzyskałem w pełni zdolno´sc´ widzenia i uczyniwszy dalsze dwadzie´scia kroków, stwierdziłem, z˙ e znajduj˛e si˛e za osłona˛ prawie dwumetrowego grubego pnia olbrzymiej złotej brzozy, raz jeszcze twarza˛ w twarz z tym samym cassida´nskim przodownikiem roty, który ostrzegał mnie przed dalsza˛ jazda˛ w kierunku pozycji Zaprzyja´znionych. — To znowu wy! — wykrzykn˛eli´smy jednocze´snie. Lecz nasze dalsze reakcje ró˙zniły si˛e zasadniczo, gdy˙z on niskim, gwałtownym i zdecydowanym głosem zaczał ˛ wykłada´c mi, co mianowicie my´sli o takich jak ja cywilach, którzy pał˛etaja˛ si˛e mi˛edzy liniami frontu. Tymczasem ja, nie zwracajac ˛ na niego uwagi, starałem si˛e zebra´c my´sli do kupy. Gniew jest luksusem, a przodownik roty, cho´c mo˙ze i dobry z˙ ołnierz, jeszcze si˛e nie nauczył tego faktu, podstawowego dla wszystkich zawodów. Wreszcie si˛e zm˛eczył. — Co nie zmienia faktu — dodał ponuro — z˙ e ju˙z mam was na karku. I co teraz z wami pocza´ ˛c? — Nic — odparłem. — Znale´zli´smy si˛e tu na własne ryzyko po to, z˙ eby obserwowa´c działania. I obserwowa´c b˛edziemy. Prosz˛e nam tylko powiedzie´c, gdzie mo˙zemy si˛e okopa´c, tak by w niczym wam nie zawadza´c, i wi˛ecej mo˙ze si˛e ju˙z pan nami nie przejmowa´c. — Miejmy nadziej˛e — powiedział z przekasem, ˛ lecz była to ostatnia kropla jego gniewu. — Ale w porzadku. ˛ Niech b˛edzie tam, za z˙ ołnierzami okopanymi mi˛edzy tym a tamtym drzewem. I skoro raz wybierzecie sobie miejsce, to z˙ eby´scie mi si˛e z niego nigdzie nie ruszali! — Zgoda — odrzekłem. — Ale zanim si˛e stad ˛ zabierzemy, mo˙ze mi pan odpowiedzie´c na jedno pytanie? Jakie jest wasze zadanie, tu, na tym wzgórzu? Spiorunował mnie spojrzeniem, jak gdyby nie majac ˛ w ogóle zamiaru mi odpowiada´c. Potem jednak kł˛ebiace ˛ si˛e w jego wn˛etrzu emocje zmusiły go do udzielenia odpowiedzi. — Utrzyma´c je — odparł. Wygladał ˛ przy tym tak, jakby miał ochot˛e spluni˛eciem pozby´c si˛e smaku tych dwóch słów z podniebienia. — Utrzyma´c je? Siłami patrolu? — Przyjrzałem mu si˛e z uwaga.˛ — Nie mo˙ze 76
pan utrzyma´c takiej pozycji z tuzinem czy co´s koło tego z˙ ołnierzy, je´sli Zaprzyja´znieni przejda˛ do natarcia! — Odczekałem chwil˛e, lecz nie odezwał si˛e ani słowem. — Czy te˙z pan mo˙ze? — Nie mog˛e — odparł. I tym razem rzeczywi´scie splunał. ˛ — Ale mam zamiar spróbowa´c. Lepiej połó˙z pan t˛e peleryn˛e tak, z˙ eby ja˛ czarne hełmy widziały, kiedy wejda˛ na wzgórze. — Odwrócił si˛e do stojacego ˛ obok z˙ ołnierza, który miał na plecach moduł łaczno´ ˛ sci. — Wywołaj punkt dowodzenia. Zamelduj, z˙ e mamy tu u siebie dwójk˛e reporterów! Zanotowałem nazw˛e i numer jednostki oraz nazwiska z˙ ołnierzy z jego patrolu, a potem zabrałem Dave’a na miejsce wskazane przez przodownika roty i obaj zacz˛eli´smy okopywa´c si˛e wzorem otaczajacych ˛ nas z˙ ołnierzy. Nie omieszkałem te˙z, zgodnie z przykazaniem przodownika, rozło˙zy´c swej peleryny na przedpiersiu obu naszych okopów. Duma rzadko kiedy bierze gór˛e nad wola˛ prze˙zycia. Skoro ju˙z znale´zli´smy si˛e wewnatrz ˛ naszych okopów, okazało si˛e, z˙ e mamy z nich widok na bardziej strome ze zboczy lesistego wzgórza, le˙zace ˛ od strony Zaprzyja´znionych. Drzewa schodziły a˙z do jego podnó˙za i ciagn˛ ˛ eły si˛e w kierunku nast˛epnego pagórka. Lecz w połowie stoku, łamiac ˛ równa˛ powierzchni˛e dachu listowia niczym miniaturowe urwisko, znajdowała si˛e blizna po starym obwale ziemnym, dzi˛eki której, spogladaj ˛ ac ˛ pomi˛edzy pniami drzew rosnacych ˛ powy˙zej górnej kraw˛edzi obwału, mogli´smy widzie´c wszystko, co znajdowało si˛e ponad wierzchołkami drzew wyrastajacych ˛ z dolnej kraw˛edzi. Zyskiwali´smy w ten sposób widok na panoram˛e lesistego zbocza i całej rozciagaj ˛ acej ˛ si˛e za nim równiny a˙z po daleka˛ ziele´n horyzontu, gdzie prawdopodobnie usadowiło si˛e działo soniczne, przed którym uciekali´smy wcze´sniej. Po raz pierwszy, odkad ˛ sprowadziłem poduszkowca na ziemi˛e, mieli´smy okazj˛e generalnego spojrzenia na pole bitwy. Wła´snie studiowałem pracowicie teren przez lornetk˛e, gdy wydało mi si˛e, i˙z w najni˙zszym punkcie linii przebiegajacej ˛ wzdłu˙z zboczy wzgórz, naszego i le˙zacego ˛ naprzeciw, przez mgnienie oka dojrzałem nikły s´lad ruchu. Poruszenie było zbyt niewielkie, by dostrzec co´s konkretnego, lecz w tej samej chwili zobaczyłem ruch w okopach znajdujacych ˛ si˛e przed nami i zrozumiałem, i˙z z˙ ołnierze zostali zaalarmowani przez tego spo´sród nich, który miał pod swoja˛ opieka˛ moduł wykrywania ciepła nale˙zacy ˛ do wyposaz˙ enia patrolu. Jego ekrany winny teraz pokazywa´c, obok innych z´ ródeł ciepła na naszym przedpolu, punkciki w miejscach, gdzie ciepłota ciała zdradziła obecno´sc´ z˙ ołnierzy próbujacych ˛ wtopi´c si˛e w otoczenie. Zaprzyja´znieni nas odkryli. Po kilku sekundach nie mogło by´c co do tego z˙ adnych watpliwo´ ˛ sci, gdy˙z nawet przez moja˛ lornetk˛e mo˙zna było dostrzec, jak czarne sylwetki poczynaja˛ pia´ ˛c si˛e ku nam od czoła po stoku, a w odpowiedzi karabiny cassida´nskiego patrolu otwieraja˛ ogie´n. — Kryj si˛e! — rozkazałem Dave’owi. Próbował wystawi´c głow˛e, by si˛e rozejrze´c. Przypuszczalnie uznał, i˙z skoro ja 77
wystawiam głow˛e i tym samym nara˙zam si˛e na kule, on tak˙ze mo˙ze. To prawda, z˙ e przed oboma naszymi okopami le˙zała rozpostarta na ziemi reporterska opo´ncza, ale ja ponadto miałem na głowie beret z pokr˛etłem koloru ustawionym na biel i szkarłat, poza tym nie pokładałem takiej wiary w zdolno´sc´ przetrwania Dave’a jak we własna.˛ Ka˙zdy człowiek ma w swoim z˙ yciu takie chwile, z˙ e wydaje mu si˛e, i˙z kule si˛e go nie imaja,˛ i ja, siedzac ˛ wówczas w okopie naprzeciw atakujacych ˛ wojsk Zaprzyja´znionych, tak wła´snie si˛e czułem. Poza tym spodziewałem si˛e, z˙ e natarcie rozwijajace ˛ si˛e wła´snie na naszym przedpolu mo˙ze si˛e w ka˙zdej chwili załama´c. Co te˙z oczywi´scie si˛e stało.
Rozdział 11 Przerwa, która nastapiła ˛ w natarciu Zaprzyja´znionych, nie kryła w sobie z˙ ad˙ nych tajemnic. Zołnierze, którzy nawiazali ˛ z nami chwilowy kontakt, stanowili lini˛e zwiadu wysuni˛eta˛ przed główne siły Zaprzyja´znionych. Mieli za zadanie p˛edzi´c przed soba˛ cassida´nskiego przeciwnika, póki ten nie okopie si˛e i nie zdradzi oznak gotowo´sci do walki. Kiedy tak si˛e stało, pierwsza linia zwiadu, jak nale˙zało si˛e tego spodziewa´c, wycofała si˛e, posłała po posiłki i trwała w oczekiwaniu. Była to taktyka wojskowa starsza ni˙z Juliusz Cezar — przyjawszy ˛ oczywi´scie, z˙ e Juliusz Cezar byłby wcia˙ ˛z jeszcze przy z˙ yciu. Wła´snie ta taktyka oraz okoliczno´sci, które przywiodły mnie i Dave’a do tego miejsca w tym czasie, dostarczyły mi po˙zywki umysłowej do wyciagni˛ ˛ ecia kilku wniosków. Pierwszy z nich głosił, z˙ e wszyscy, jak tu stoimy — miałem na my´sli zarówno Zaprzyja´znionych, wojska cassida´nskie, jak i cała˛ machin˛e wojenna˛ a˙z po wpla˛ tane w jej tryby jednostki, jak Dave i ja sam — idziemy na pasku sił znajdujacych ˛ si˛e daleko poza obr˛ebem pola walki. I nie tak trudno wskaza´c owe manipuluja˛ ce nami siły. Jedna˛ z nich był oczywi´scie Starszy Bright, który martwił si˛e o to, by najemnicy z Zaprzyja´znionych zdołali swoje zadanie doprowadzi´c do ko´nca i dzi˛eki temu zapewnili sobie zatrudnienie u nast˛epnego pracodawcy. Bright, jak szachista stawiajacy ˛ czoło drugiemu szachi´scie, obmy´slił i wykonał pewien ruch, którego celem było zako´nczenie wojny jednym s´miałym taktycznie posuni˛eciem. Lecz ten jego ruch został uprzednio przewidziany przez przeciwnika. A przeciwnikiem tym mógł by´c jedynie Padma wraz ze swa˛ ontogenetyka.˛ Je˙zeli Padma za pomoca˛ swoich kalkulacji mógł ustali´c fakt mojego pojawienia si˛e na freilandzkim bankiecie wydanym na cze´sc´ Donala Graeme’a, to dzi˛eki tej˙ze samej ontogenetyce był w stanie obliczy´c, z˙ e Bright ma zamiar wykona´c siłami z Zaprzyja´znionych jaki´s szybki ruch, majacy ˛ na celu zniszczenie nalez˙ acego ˛ do nieprzyjacielskiego obozu kontyngentu cassida´nskiego. Wniosek, z˙ e tego dokonał, mo˙zna było droga˛ dedukcji wysnu´c z faktu, i˙z u˙zyczył Cassidanom jednego z najlepszych taktyków swego wojska — Kensiego Graeme’a. W innym wypadku obecno´sc´ Kensiego w kluczowym momencie na polu bitwy nie dawała si˛e logicznie wytłumaczy´c. 79
Mnie jednak nurtowało kryjace ˛ si˛e za tym wszystkim pytanie, dlaczego Padma miałby automatycznie przeciwstawia´c si˛e Brightowi. O ile wiedziałem, Exotikowie nie mieli powodów do zainteresowania wojna˛ domowa˛ na Nowej Ziemi — wojna˛ o niezaprzeczalnym znaczeniu dla s´wiata, na którym si˛e rozgrywała, ale niewielkiej wagi w stosunku do innych spraw dziejacych ˛ si˛e pomi˛edzy czternastu s´wiaty a gwiazdami. Odpowied´z mogła kry´c si˛e gdzie´s w gaszczu ˛ porozumie´n kontraktowych, regulujacych ˛ przypływ i odpływ wyszkolonego personelu pomi˛edzy s´wiatami. Exotiki, podobnie jak Ziemia, Mars, Freilandia, Dorsaj, niewielki katolicki s´wiat St. Marie i górniczy s´wiat Coby, nie rekrutowały swej wyszkolonej młodzie˙zy en bloc i nie sprzedawały jej kontraktów na inne planety bez uwzgl˛ednienia woli jednostki. Stad ˛ znane były jako s´wiaty „lu´zne”, automatycznie przeciwstawiane takim ´ s´wiatom „´scisłym”, które jak Ceta, Swiaty Zaprzyja´znione, Wenus, Newton i cała reszta wymieniały si˛e swoim wyszkolonym personelem, nie zwracajac ˛ uwagi na prawa i z˙ yczenia pojedynczego człowieka. Zatem Exotiki, jako s´wiaty „lu´zne”, były niejako automatycznie przeciwne ´ „´scisłym” Swiatom Zaprzyja´znionym. Lecz ten fakt nie był jeszcze wystarczajacym ˛ powodem, by bez wyra´znej potrzeby opowiadały si˛e po jednej ze stron w konflikcie na którym´s ze s´wiatów trzecich. By´c mo˙ze istniał jaki´s tajny splot bilansów kontraktowych Exotików i Zaprzyja´znionych, o których nic nie wiedziałem. Je´sli nie — to musiałbym przyzna´c, z˙ e nie mam zielonego poj˛ecia, czemu Padma przykłada r˛ek˛e do całej tej sytuacji. Lecz ja, który z manipulacji lud´zmi uczyniłem sobie narz˛edzie do dyrygowania całym otoczeniem, pojałem, ˛ z˙ e poza zaczarowanym kr˛egiem mej elokwencji istnieja˛ siły, które, raz wprowadzone do gry, moga˛ udaremni´c wszystko, czego bym chciał dokona´c, przez sam fakt, i˙z pochodza˛ z zewnatrz. ˛ Krótko mówiac, ˛ naginanie wydarze´n i ludzi do swych własnych celów wymagało wzi˛ecia pod uwag˛e daleko rozległej szych obszarów, ni˙z sadziłem ˛ do tej pory. Zakonotowałem sobie to odkrycie do wykorzystania w przyszło´sci. Drugi wniosek, który mi teraz przyszedł do głowy, dotyczył bezpo´srednio kwestii obrony naszego wzgórza z chwila,˛ gdy Zaprzyja´znionym uda si˛e s´ciagn ˛ a´ ˛c posiłki. Tego miejsca nie sposób było broni´c z dwoma tuzinami ludzi. Widział to nawet taki jak ja cywil. Je´sli ja to dostrzegłem, z pewno´scia˛ te˙z zauwa˙zyli to Zaprzyja´znieni, nie mówiac ˛ ju˙z o przodowniku roty. Najwidoczniej bronił si˛e wyłacznie ˛ na rozkaz swego dowództwa, mieszczacego ˛ si˛e dalej od linii frontu. Po raz pierwszy ujrzałem jakie´s wytłumaczenie jego niech˛etnej postawy w stosunku do mnie i Dave’a. Z pewno´scia˛ miał własne kłopoty na głowie — włacznie ˛ z jakim´s wy˙zszym oficerem w dowództwie, któremu spodobało si˛e za˙zada´ ˛ c, by przodownik razem ze swym patrolem utrzymał to wła´snie wzgórze. Moje uczucia wzgl˛edem przodownika roty stały si˛e nieco cieplejsze. Niewa˙zne, czy rozkazy, które otrzymał, były madre, ˛ wy80
wołane panika,˛ czy te˙z głupie, był w dostatecznej mierze z˙ ołnierzem, by wykona´c je najlepiej, jak potrafił. Pojawił si˛e temat na s´wietny artykuł: beznadziejna próba obrony wzgórza bez z˙ adnego wsparcia ze skrzydeł i zaplecza przeciwko całej armii Zaprzyja´znionych. Mi˛edzy wierszami tej historii mógłbym przemyci´c kilka słów na temat tego, co my´sl˛e o dowództwie, które doprowadziło do takiej sytuacji. I wówczas rozejrzałem si˛e wokół po wzgórzu, popatrzyłem na okopanych rekrutów z jego patrolu i mdlacy ˛ chłód s´cisnał ˛ mnie w dołku, gdy˙z oni równie˙z tkwili w tym po uszy, a nie znali ceny, która˛ im przyjdzie zapłaci´c za to, z˙ e stana˛ si˛e bohaterami mojego artykułu. Dave szturchnał ˛ mnie w z˙ ebro. — Spójrz tam. . . jeszcze dalej. . . — wionał ˛ mi do ucha. Spojrzałem. Po´sród Zaprzyja´znionych ukrytych mi˛edzy drzewami u stóp wzgórza zrobił si˛e ruch. Jednak˙ze wida´c było, i˙z dopiero przegrupowuja˛ si˛e i zbieraja˛ siły przed prawdziwym atakiem na wzgórze. Jeszcze przez kilka minut nic nie powinno nastapi´ ˛ c i ju˙z miałem to powiedzie´c Dave’owi, gdy ten tracił ˛ mnie znowu. — Nie! — powiedział s´ciszonym głosem, acz ponaglajaco. ˛ — Nie tam. Dalej. Pod samym horyzontem. Spojrzałem. I zobaczyłem to, o co mu chodziło. Daleko, daleko, tam gdzie linia drzew ostatecznie dotykała nieba coraz bardziej bł˛ekitnego i goracego, ˛ w odległo´sci około dziesi˛eciu kilometrów, wida´c było migotanie robaczków s´wi˛etoja´nskich. Drobniutkie z˙ ółte błyski po´sród morza zieleni i od czasu do czasu cienki, skierowany do góry pióropusz czego´s białego albo ciemnego, szybko rozwiewany przez wiatr. Lecz nigdy jeszcze z˙ adne robaczki s´wi˛etoja´nskie nie s´wieciły tak, by mo˙zna je było zobaczy´c w biały dzie´n z odległo´sci dziesi˛eciu kilometrów. To, na co patrzyli´smy, to były promienie cieplne. — Czołgi! — stwierdziłem. — Ida˛ wprost na nas — rzekł Dave, z zafascynowaniem przygladaj ˛ ac ˛ si˛e błyskom, które z tej odległo´sci sprawiały wra˙zenie niepozornych i niegro´znych. W rzeczywisto´sci błyski były klingami s´wiatła rozpalonego do czterdziestu tysi˛ecy stopni Celsjusza w rdzeniu, które mogły obali´c rosnace ˛ wokół nas ogromne drzewa tak łatwo, jak ostrze brzytwy s´cina grzadk˛ ˛ e szparagów. Posuwały si˛e naprzód bez przeszkód, gdy˙z na ich drodze nie stała piechota, która mogłaby je wyeliminowa´c z gry za pomoca˛ plastycznej lub sonicznej broni r˛ecznej. Klasyczny sposób obrony przeciwko broni pancernej, pociski, wyszedł z u˙zycia przed blisko pi˛ec´ dziesi˛eciu laty, a to z powodu post˛epów techniki antyrakiet, posuni˛etej do punktu, w którym szybko´sci rz˛edu połowy pr˛edko´sci s´wiatła uniemo˙zliwiały stosowanie go na powierzchniach planetarnych. Czołgi sun˛eły powoli, lecz niepowstrzymanie, dla zasady niszczac ˛ ogniem ka˙zda˛ potencjalna˛ kryjówk˛e piechoty napotkana˛ po drodze. 81
Ich nadej´scie czyniło fars˛e z obrony naszego wzgórza. Je´sli przed przybyciem czołgów nie dotrze do nas piechota — z Zaprzyja´znionych — zostaniemy w okopach upieczeni z˙ ywcem. Było to dla mnie oczywiste — tak samo, jak musiało by´c oczywiste dla z˙ ołnierzy z plutonu, gdy˙z usłyszałem, w miar˛e jak błyski stawały si˛e widoczne dla z˙ ołnierzy w innych okopach, z˙ e przez zbocze w˛edruje jeden przeciagły ˛ j˛ek. — Spokój tam! — warknał ˛ ze swego okopu przodownik roty. — Zosta´c na pozycjach! Bo jak nie. . . Lecz nie miał czasu doko´nczy´c, gdy˙z w tej wła´snie chwili pierwsze powa˙zne natarcie piechoty z Zaprzyja´znionych wyruszyło ku nam w gór˛e zbocza. Loftka wystrzelona z broni samostrzelnej trafiła przodownika roty wysoko w klatk˛e piersiowa,˛ tu˙z przy nasadzie szyi. Krztuszac ˛ si˛e własna˛ krwia,˛ runał ˛ do tyłu. Pozostali członkowie patrolu nie mieli nawet czasu tego zauwa˙zy´c, gdy˙z strzelcy z Zaprzyja´znionych nacierajacy ˛ fala za fala˛ zbli˙zyli si˛e ju˙z do nich na pół stoku. Ukryci w okopach Cassidanie odpowiadali ogniem na ogie´n i albo działała na ich korzy´sc´ beznadziejno´sc´ pozycji, albo te˙z imponujace ˛ do´swiadczenie bojowe, gdy˙z nie widziałem w ich szeregach ani jednego człowieka, który, sparali˙zowany strachem, nie robił u˙zytku ze swej broni. Mieli wyra´zna˛ przewag˛e. Stok bli˙zej szczytu stawał si˛e coraz bardziej stromy. Zaprzyja´znieni, wspinajac ˛ si˛e, zwalniali i stawali si˛e łatwym celem. Wreszcie poszli w rozsypk˛e i rzucili si˛e do ucieczki, zatrzymujac ˛ si˛e dopiero u podnó˙za góry. I znów nastapiła ˛ przerwa w wymianie ognia. Wygramoliłem si˛e z okopu i pobiegłem sprawdzi´c, czy przodownik roty jeszcze z˙ yje. W reporterskiej pelerynie czy bez, takie wystawianie si˛e na widok publiczny było z gruntu nierozwa˙znym post˛epkiem i odpowiednio te˙z za nie zapłaciłem. Wycofujacy ˛ si˛e Zaprzyja´znieni stracili na stoku przyjaciół i towarzyszy broni. Teraz jeden z nich musiał zareagowa´c. Kilka zaledwie kroków przed okopem przodownika jaka´s siła wyrwała spode mnie moja˛ prawa˛ nog˛e i po´slizgnawszy ˛ si˛e upadłem twarza˛ do dołu. Nast˛epna˛ rzecza,˛ jaka˛ pami˛etam, było to, z˙ e znajduj˛e si˛e w okopie dowódcy, tu˙z obok przodownika roty, a w zatłoczonej przestrzeni, która mie´sciła ponadto dwóch grupowych, pewnie podoficerów przodownika, pochyla si˛e nade mna˛ Dave. — Co si˛e dzieje. . . ? — zaczałem ˛ i spróbowałem si˛e podnie´sc´ . Dave starał si˛e s´ciagn ˛ a´ ˛c mnie do dołu, lecz zda˙ ˛zyłem ju˙z cz˛es´ciowo przenie´sc´ ci˛ez˙ ar ciała na lewa˛ nog˛e i poczułem, jak tygrysi kieł bólu przewierca ja˛ na wylot, tak z˙ e nieomal tracac ˛ przytomno´sc´ i oblewajac ˛ si˛e potem opadłem z powrotem na ziemi˛e. — Trzeba si˛e wycofa´c — jeden grupowy powiedział do drugiego. — Trzeba si˛e stad ˛ wydosta´c, Akke. Nast˛epnym razem nas dopadna,˛ a je˙zeli poczekamy 82
kolejne dwadzie´scia minut, zrobia˛ to za nich czołgi! — Nie! — wycharczał przodownik roty le˙zacy ˛ obok ntnie. My´slałem, z˙ e nie z˙ yje, lecz gdy odwróciłem si˛e, by popatrze´c, zobaczyłem, i˙z kto´s zało˙zył na jego ran˛e banda˙z uciskowy ze zwolnionym spustem, wi˛ec do tej pory włókna powinny ju˙z znajdowa´c si˛e wewnatrz ˛ otworu wlotowego postrzału, uszczelniajac ˛ brzegi rany i tworzac ˛ skrzepy tamujace ˛ upływ krwi. Mimo wszystko umierał. Mogłem wyczyta´c to z jego oczu. Grupowy go zignorował. — Posłuchaj mnie, Akke — podjał ˛ znów ten, który odezwał si˛e przedtem. — Teraz ty tu dowodzisz. Trzeba si˛e stad ˛ ruszy´c! — Nie! — Przodownik roty mógł mówi´c ju˙z tylko szeptem, ale przecie˙z jeszcze wyszeptał. — To rozkaz! Utrzyma´c za wszelka.˛ . . cen˛e. . . Grupowy Akke wygladał ˛ na zbitego z tropu. Z pobladła˛ twarza˛ obrócił wzrok na moduł łaczno´ ˛ sci le˙zacy ˛ przy nim na dnie okopu. Drugi grupowy zauwa˙zył kierunek jego spojrzenia i bro´n samostrzelna le˙zaca ˛ w poprzek jego kolan wypaliła niby przypadkowo. Ze s´rodka modułu dobiegł brz˛ek i trzask i ujrzeli´smy, jak gas´nie kontrolka na tablicy instrumentu. — Rozkazuj˛e wam. . . — powiedział przodownik roty. Wówczas potworne c˛egi bólu zacisn˛eły si˛e znów na moim kolanie i s´wiat zawirował mi w głowie. Gdy powróciła zdolno´sc´ widzenia, stwierdziłem, z˙ e Dave rozciał ˛ mi nogawk˛e spodni nad kolanem i wła´snie ko´nczy zakłada´c biały i zgrabny opatrunek uciskowy. — Nie jest z´ le, Tam — mówił do mnie. — Loftka z samostrzału przeszła na wylot. To dobrze. Rozejrzałem si˛e dookoła. Przodownik roty w dalszym ciagu ˛ siedział koło mnie, tyle z˙ e z bronia˛ boczna˛ na wpół dobyta˛ z kabury. Miał jeszcze jedna˛ ran˛e od sztyftu ze strzelby spr˛ez˙ ystej na czole i był martwy. Po dwóch grupowych nie było ani s´ladu. — Oni ju˙z poszli, Tam — powiedział Dave. — My te˙z musimy si˛e stad ˛ zabiera´c. — Skinał ˛ r˛eka˛ w dół stoku. — Oddziały z Zaprzyja´znionych zadecydowały, z˙ e szkoda dla nas fatygi. Wycofali si˛e. Ale ich czołgi zbli˙zaja˛ si˛e coraz bardziej. . . a ty, przez to kolano, nie mo˙zesz si˛e szybko porusza´c. Spróbuj teraz wsta´c. Spróbowałem. Poczułem si˛e tak, jak gdybym dotykał jednym kolanem ko´nca ostro zastruganego pala i próbował przesuna´ ˛c na nie połow˛e ci˛ez˙ aru ciała. Ale wstałem. Dave pomógł mi wydosta´c si˛e z okopu i rozpocz˛eli´smy nasz kulejacy ˛ odwrót ze wzgórza tylnym zej´sciem, jak najdalej od czołgów. Wcze´sniej w my´slach porównywałem te lasy do puszczy z legendy o Robin Hoodzie, znajdujac ˛ dziwaczne upodobanie w ich otwarto´sci, kolorycie i półmroku. Teraz, gdy przedzierałem si˛e przez nie z trudem, z ka˙zdym krokiem, a raczej podskokiem czujac, ˛ jak w kolano wbijał mi si˛e gwó´zd´z rozpalony do czerwonos´ci, stworzony w mej wyobra´zni obraz brzozowych gajów poczał ˛ si˛e zmienia´c. Stały si˛e mroczne, złowieszcze, pełne nienawi´sci i okrucie´nstwa ju˙z przez sam 83
fakt, z˙ e trzymały nas w swym mroku jak w pułapce, gdzie czołgi Zaprzyja´znionych odszukaja˛ nas i zniszcza˛ za pomoca˛ bad´ ˛ z promieni cieplnych, bad´ ˛ z walacych ˛ si˛e drzew, nim jeszcze b˛edziemy mieli szans˛e opowiedzie´c si˛e, kim jeste´smy. Miałem rozpaczliwa˛ nadziej˛e, z˙ e dostrze˙zemy gdzie´s otwarta˛ przestrze´n, gdy˙z unoszace ˛ si˛e za naszymi plecami pojazdy opancerzone polowały w lasach, a nie na otwartych przestrzeniach. W´sród si˛egajacych ˛ do kolan traw nawet okrytemu pancerzem pilotowi nie byłoby trudno dojrze´c i zidentyfikowa´c moja˛ peleryn˛e, nim zacznie do nas strzela´c. Lecz najwidoczniej dotarli´smy do obszarów, gdzie wi˛ecej było drzew ni˙z otwartych przestrzeni. Na dodatek, jak to zauwa˙zyłem wcze´sniej, po´sród tych pni wszystkie strony s´wiata przedstawiały si˛e jednakowo. Jedynym sposobem, by mie´c pewno´sc´ , z˙ e nie zaczniemy si˛e kr˛eci´c w kółko i pozostaniemy w prostej linii jak najdalej od s´cigajacych ˛ nas czołgów, był powrót ta˛ sama˛ droga,˛ która˛ tu przybyli´smy. Tras˛e t˛e mogli´smy odtworzy´c dzi˛eki temu, z˙ e z powrotem prowadził nas mój nar˛eczny wska´znik kierunku. Ale marszruta, która nas tu przyprowadziła, wiodła przez wszystkie tereny le´sne, które wcze´sniej udało mi si˛e wyszuka´c. Tymczasem ze wzgl˛edu na moje kolano poruszali´smy si˛e w tak z˙ ółwim tempie, z˙ e nawet stosunkowo powolne czołgi musiały nas wkrótce dogoni´c. Wczes´niej soniczna eksplozja przyprawiła mnie o powa˙zny wstrzas. ˛ Teraz ciagłe ˛ ukłucia o´slepiajacego ˛ bólu w kolanie wprawiły mnie w rodzaj goraczkowego ˛ szale´nstwa. Było to niczym jaka´s wyrafinowana tortura — a tak si˛e składa, z˙ e nie jestem stoikiem, je´sli chodzi o ból fizyczny. Nie jestem co prawda tchórzliwy, ale nie sadz˛ ˛ e, by mo˙zna mnie było z czystym sumieniem nazwa´c odwa˙znym. Po prostu jestem tak skonstruowany, z˙ e w odpowiedzi na ból, powy˙zej pewnego poziomu, moja˛ reakcja˛ jest w´sciekło´sc´ . A im wi˛ekszy ból, tym wi˛eksza moja furia. Powiedzmy, z˙ e to kwestia kilku kropel krwi staro˙zytnych berserkerów, rozcie´nczonej przez kra˙ ˛zac ˛ a˛ w mych z˙ yłach krew irlandzka,˛ je´sli oczywi´scie lubicie takie romantyczne gadanie. Niemniej takie sa˛ fakty. I teraz, kiedy tak ku´stykali´smy po´sród wiecznego półmroku srebrnozłotych, obła˙zacych ˛ z kory pni drzew, wewn˛etrznie eksplodowałem. W swojej w´sciekło´sci nie bałem si˛e czołgów Zaprzyja´znionych. Byłem pewny, z˙ e dostrzega˛ ma˛ szkarłatna˛ i biała˛ peleryn˛e do´sc´ wcze´snie, by nie otwiera´c do mnie ognia. Byłem przekonany, z˙ e je´sli ju˙z nawet otworza˛ ogie´n, to zarówno promienie cieplne, jak wszelkiego rodzaju padajace ˛ konary i pnie drzewne nie trafia˛ we mnie. Krótko mówiac, ˛ byłem przekonany o swej niezniszczalno´sci i jedyna˛ rzecza,˛ jaka mnie obchodziła, było to, z˙ e moja obecno´sc´ opó´zniała ucieczk˛e Dave’a i z˙ e gdyby co´s mu si˛e stało, Eileen nigdy by po tym nie przyszła do siebie. Wrzeszczałem na niego i mu wymy´slałem. Kazałem i´sc´ dalej samemu, kazałem ratowa´c własna˛ skór˛e, gdy˙z mojej nie grozi z˙ adne niebezpiecze´nstwo. Jedyna˛ jego odpowiedzia˛ było, z˙ e skoro ja go nie opu´sciłem, kiedy wpadlis´my pod soniczny ogie´n zaporowy, teraz i on mnie nie opu´sci. Nie opu´sci mnie 84
w z˙ adnym wypadku. Jestem bratem Eileen i jego obowiazkiem ˛ jest si˛e mna˛ opiekowa´c. Był wła´snie taki, jak pisała w swoim li´scie, lojalny, zbyt cholernie lojalny. Był cholernie lojalnym głupcem, czego nie omieszkałem mu wytkna´ ˛c ze szczegółami i nie kr˛epujac ˛ si˛e poczuciem przyzwoito´sci. M˛ez˙ nie próbowałem si˛e od niego uwolni´c, ale jako z˙ e mogłem tylko podskakiwa´c na jednej nodze, czy raczej na jednej nodze si˛e zatacza´c, nie miało to wi˛ekszego sensu. Osunałem ˛ si˛e na ziemi˛e i o´swiadczyłem, z˙ e nie pójd˛e ani kroku dalej, lecz wyobra´zcie sobie — obezwładnił mnie i zarzucił sobie na plecy, próbujac ˛ nie´sc´ na barana. Tak było jeszcze gorzej. Musiałem mu obieca´c, z˙ e je´sli mnie postawi na ziemi, pójd˛e z nim dalej dobrowolnie. Kiedy mnie pu´scił, sam słaniał si˛e ze zm˛eczenia. W owej chwili, na wpół oszalały z wyczerpania i w´sciekło´sci, byłem gotów na wszystko, by uchroni´c go przed samym soba.˛ Zaczałem ˛ wrzeszcze´c na całe gardło o pomoc pomimo jego wysiłków, by mnie uciszy´c. To podziałało. W ciagu ˛ niespełna pi˛eciu minut od chwili, gdy udało mu si˛e mnie uspokoi´c, znale´zli´smy si˛e naprzeciwko nie wi˛ekszych od główki szpilki otworów wylotowych strzelb samostrzelnych, spoczywajacych ˛ w dłoniach dwóch młodych Zaprzyja´znionych zwiadowców zwabionych moim krzykiem.
Rozdział 12 Spodziewałem si˛e, i˙z pojawia˛ si˛e w odpowiedzi na moje krzyki nawet jeszcze wcze´sniej. Zwiadowcy z Zaprzyja´znionych znajdowali si˛e wokół nas ju˙z od chwili, gdy opu´scili´smy wzgórze, pozostawiajac ˛ je pod komenda˛ poległego przodownika roty jego umarłym. Obydwaj mogli nale˙ze´c do tych samych Zaprzyja´znionych, którzy w pierwszym rzucie odkryli okopany na wzgórzu patrol. Lecz odkrywszy go, wyruszyli dalej. Zadanie ich polegało na wykrywaniu gniazd cassida´nskiego oporu po to, by nast˛epnie wezwa´c odpowiednie siły przeznaczone do zniszczenia tych punktów. Jako cz˛es´c´ swojego wyposa˙zenia nosili urzadzenia ˛ do nasłuchu, gdyby jednak˙ze odebrały one odgłosy kłótni dwóch m˛ez˙ czyzn, niewielka˛ zwróciliby na to uwag˛e. Dwóch ludzi stanowiło w s´wietle ich rozkazów zbyt skromna˛ zwierzyn˛e, by zaprzata´ ˛ c nia˛ sobie głow˛e. Lecz jeden człowiek z rozmysłem wołajacy ˛ o pomoc — to okoliczno´sc´ wy˙ starczajaco ˛ niezwykła, by warto z nia˛ było zapozna´c si˛e bli˙zej. Zołnierz Pana nie powinien okazywa´c wołaniem własnej słabo´sci, czy potrzebował pomocy, czy nie potrzebował. Dlaczego za´s Cassidanin miałby wzywa´c pomocy w rejonie, w którym nie toczono z˙ adnych walk? A któ˙z inny ni˙z z˙ ołnierze Pana i ich zbrojni nieprzyjaciele mógł znajdowa´c si˛e w strefie bitwy? Teraz wiedzieli ju˙z kto — reporter i jego asystent. Obaj obserwatorzy, jak zda˙ ˛zyłem im zwróci´c uwag˛e. Mimo to samostrzały pozostały niewzruszenie wycelowane w nasza˛ stron˛e. — Niech was szlag! — wygarnałem ˛ im. — Nie widzicie, z˙ e potrzebuj˛e pomocy medycznej? W tej chwili zabierzcie mnie do jednego z waszych szpitali polowych! Ich młode i gładkie twarze odwzajemniły spojrzenie uderzajaco ˛ niewinnymi oczyma. Ten z prawej strony miał na kołnierzu pojedyncza˛ odznak˛e starszego ˙ szeregowego, drugi za´s był zwykłym szeregowcem słu˙zby liniowej. Zaden z nich nie miał jeszcze dwudziestu lat. — Nasze rozkazy nie upowa˙zniaja˛ nas do zawrócenia z drogi i powrotu do szpitala polowego — odparł starszy szeregowy, przemawiajac ˛ w imieniu ich obu jako nieznacznie wy˙zszy ranga.˛ — Mog˛e was jedynie zaprowadzi´c do punktu 86
zbiorczego dla je´nców, gdzie bez watpienia ˛ udziela˛ wam pomocy. — Odstapił ˛ krok w tył, trzymajac ˛ bro´n wcia˙ ˛z w pogotowiu. — Pomó˙z temu m˛ez˙ owi udzieli´c pomocy rannemu, Gretenie — rzekł, przechodzac ˛ na za´spiew ko´scielny dla porozumienia z partnerem. — Chwy´c go z drugiej strony, a ja pójd˛e za wami i wezm˛e nasz or˛ez˙ . Drugi z˙ ołnierz oddał mu swoja˛ bro´n samostrzelna˛ i mi˛edzy nim a Dave’em zaczałem ˛ posuwa´c si˛e w sposób nieco bardziej wygodny, cho´c w dalszym ciagu ˛ gotowała si˛e we mnie i kipiała w´sciekło´sc´ . Przyprowadzili nas wreszcie na polan˛e — nie prawdziwa,˛ gdzie ro´snie trawa i dochodzi sło´nce, lecz na miejsce, gdzie ogromne powalone drzewo pozostawiło po sobie pomi˛edzy innymi olbrzymami co´s w rodzaju por˛eby. Znajdowało si˛e tu około dwudziestu przygn˛ebionych z wygladu ˛ Cassidan, rozbrojonych i trzymanych pod stra˙za˛ przez czterech młodych Zaprzyja´znionych, podobnych do tych, którzy nas pojmali. Dave wraz z młodym z˙ ołnierzem z Zaprzyja´znionych usadowili mnie ostro˙znie plecami do kikuta obalonego pnia drzewa. Potem zap˛edzono Dave’a, by doła˛ czył do reszty umundurowanych Cassidan, którzy siedzieli oparci plecami o powalony i butwiejacy ˛ pie´n le´snego olbrzyma z czwórka˛ uzbrojonych stra˙zników z Zaprzyja´znionych przed soba.˛ Wołałem, z˙ e Dave jako obserwator powinien by´c zostawiony ze mna,˛ wskazujac ˛ przy tym na jego biała˛ opask˛e i brak insygniów wojskowych. Lecz z˙ aden spo´sród sze´sciu m˛ez˙ czyzn w czarnych mundurach nie zwrócił na mnie uwagi. — Któ˙z z was tutaj wyniesion na najwy˙zszy stopie´n? — Starszy szeregowy zwrócił si˛e z pytaniem do czwórki stra˙zników. — Jam jest najstarszy słu˙zba˛ — odpowiedział jeden z nich — lecz ni˙zszy jestem stopniem od ciebie. W gruncie rzeczy był to zwykły szeregowiec słu˙zby liniowej. Jednak˙ze lat miał dobrze ponad dwadzie´scia, zdecydowanie wi˛ecej ni˙z pozostali, a jego pospieszne zrzeczenie si˛e dowództwa ujawniało do´swiadczonego z˙ ołnierza, którego skutecznie oduczono zgłaszania si˛e na ochotnika. — Ten oto ma˙ ˛z jest reporterem — rzekł, pokazujac ˛ na mnie, starszy szeregowy — i twierdzi, i˙z ma pod swa˛ piecza˛ owego drugiego. Pewne jest, z˙ e reporter potrzebuje pomocy medycznej, a cho´c z˙ aden z nas nie mo˙ze zabra´c go do najbli˙zszego polowego szpitala, jednak ty mógłby´s poleci´c jego przypadek uwadze przeło˙zonych przez wasz komunikator. — Nie mamy takowego — odparł starszy z˙ ołnierz. — Punkt łaczno´ ˛ sci oddalon jest o dwie´scie metrów. — Ja i Greten zostaniem tu pomóc wam na stra˙zy, jeden z was za´s poda˙ ˛zy do punktu łaczno´ ˛ sci. — Nie jest powiedziane — najstarszy z szeregowych sprawiał wra˙zenie upartego — w rozkazach naszych, by który´s z nas oddalał si˛e w takowym celu. — Azali˙z nie jest to przypadek specjalny i sytuacja wyjatkowa? ˛ 87
— Nie jest powiedziane. — Azali˙z. . . — Zaprawd˛e powiadam ci: nie było nic o takiej rzeczy powiedziane! — krzyknał ˛ na niego szeregowiec słu˙zby liniowej. — Nie mo˙zem pocza´ ˛c nic, dopóki nie pojawi si˛e oficer lub grupowy! — Azali˙z nadejdzie on niebawem? Starszy szeregowy był wstrza´ ˛sni˛ety gwałtowno´scia˛ sprzeciwu bardziej dos´wiadczonego z˙ ołnierza. Zerknał ˛ na mnie zmartwiony i pomy´slałem, z˙ e pewnie zaczyna ju˙z sadzi´ ˛ c, i˙z popełnił omyłk˛e, czyniac ˛ wzmiank˛e o pomocy medycznej dla nas. Jednak go nie doceniłem. Twarz mu nieco przybladła, lecz w rozmowie ze starszym m˛ez˙ czyzna˛ zachował dostateczny spokój. — Nie wiem — odrzekł tamten. — W takim razie sam udam si˛e do punktu łaczno´ ˛ sci. Poczekaj tutaj, Greten. Zarzucił bro´n na rami˛e i poszedł. Nigdy go ju˙z nie zobaczyli´smy. Tymczasem efekt w´sciekło´sci i wzmo˙zonego wydzielania adrenaliny, który pomagał mi opanowa´c ból w przewierconej na wylot rzepce kolanowej oraz chronionych przez nia˛ nerwach i ko´sciach, zaczał ˛ si˛e wyczerpywa´c. Gdy próbowałem porusza´c noga,˛ nie czułem ju˙z ukłu´c przeszywajacego ˛ bólu, lecz tylko głuche, t˛epe cierpienie, zaczynajace ˛ omywa´c falami bólu me udo — albo tak mi si˛e przynajmniej zdawało — co przyprawiało mnie o obłakanie. ˛ Zaczałem ˛ zastanawia´c si˛e, jak długo zdołam to wytrzyma´c, gdy nagle, z uczuciem zniecierpliwienia własna˛ głupota,˛ jakie ogarnia ci˛e, gdy zdajesz sobie w pewnej chwili spraw˛e, i˙z to, czego szukasz od dłu˙zszej chwili, tkwiło przez cały czas pod samym nosem, przypomniałem sobie o pasie. Podobnie jak wszyscy z˙ ołnierze miałem do pasa przytroczony zestaw pierwszej pomocy. Pomimo bólu ledwie powstrzymujac ˛ si˛e od s´miechu, si˛egnałem ˛ do´n teraz, rozpiecz˛etowałem niezdarnie i wycisnałem ˛ na r˛ek˛e dwie o´smiokatne ˛ tabletki, które udało mi si˛e znale´zc´ po omacku; w niewytłumaczalny sposób tam, gdzie siedzieli´smy pod drzewami, zacz˛eło si˛e s´ciemnia´c tak, z˙ e nie mogłem odró˙zni´c tabletek po kolorze, ale na szcz˛es´cie ich kształt był wystarczajaco ˛ dobrym znakiem rozpoznawczym. W tym wła´snie celu zostały tak pomy´slane. Pogryzłem je i połknałem ˛ na sucho. Zdawało mi si˛e, z˙ e słysz˛e z daleka głos Dave’a, który nie wiadomo dlaczego krzyczy. Lecz ju˙z ogarniało mnie, szybkie jak wło˙zony pod j˛ezyk cyjanek, znieczulajace ˛ i uspokajajace ˛ działanie tabletek przeciwbólowych. Ból ustapił ˛ bez s´ladu, pozostawiajac ˛ po sobie uczucie jedno´sci, czysto´sci i s´wie˙zo´sci — a tak˙ze oboj˛etno´sci na wszystko inne poza spokojem i wygoda˛ mego własnego ciała. Raz jeszcze usłyszałem wołanie Dave’a. Tym razem zrozumiałem, o co mu chodzi, ale sens tego, co krzyczał, nie był w stanie zakłóci´c mego spokoju. Wołał, z˙ e podał mi ju˙z tabletki przeciwbólowe ze swojego zestawu, kiedy przedtem dwukrotnie straciłem przytomno´sc´ . Darł si˛e, z˙ e teraz wziałem ˛ za du˙za˛ dawk˛e i kto´s 88
powinien si˛e mna˛ zaja´ ˛c. Tymczasem w lesie, który do tej pory tak˙ze ju˙z zda˙ ˛zył si˛e oddali´c, zapadła całkowita ciemno´sc´ , nad głowa˛ przetoczyło mi si˛e co´s na kształt gromu i wreszcie usłyszałem, tak jakbym w oddali słyszał pełna˛ uroku symfoni˛e, stukot milionów kropelek deszczu uderzajacych ˛ w miliony li´sci wysoko nad głowa.˛ I zapadłem w nico´sc´ u´smierzajac ˛ a˛ ból. Kiedy znowu wróciłem do siebie, przez jaki´s czas nie zwracałem najmniejszej uwagi na to, co si˛e wokół mnie dzieje, gdy˙z nie mogłem ruszy´c r˛eka˛ ani noga˛ i miałem mdło´sci na skutek przedawkowania leku. Kolano nie bolało mnie, je˙zeli pozostawało w całkowitym bezruchu, za to napuchło i stało si˛e sztywne jak drut, a najmniejsze poruszenie niosło z soba˛ szarpiacy ˛ ból, który mnie przenikał do gł˛ebi. Zwymiotowałem i poczałem ˛ z wolna czu´c si˛e lepiej. Powoli stawałem si˛e s´wiadomy tego, co dzieje si˛e wokół mnie. Byłem przemoczony do suchej nitki, gdy˙z deszcz, cho´c powstrzymany na chwil˛e sklepieniem listowia, utorował sobie drog˛e i do nas. Nie opodal, na skraju lasu, zebrali si˛e razem przemoczeni wi˛ez´ niowie i stra˙znicy. Stał tam, w czarnym mundurze Zaprzyja´znionych, nowo przybyły. Był to grupowy w s´rednim wieku, chudy i z mocno pobru˙zd˙zona˛ twarza.˛ Wła´snie odprowadził na stron˛e szeregowca zwanego Gretenem najwidoczniej po to, by si˛e z nim o co´s spiera´c. Ponad naszymi głowami, w niewielkich prze´switach tni˛edzy konarami drzew pozostałych po upadku le´snego olbrzyma, który dał poczatek ˛ polance, niebo przetarło si˛e po burzy i cho´c całkiem bezchmurne, było teraz oblane purpura˛ zachodzacego ˛ sło´nca. Moja zdeformowana przez leki zdolno´sc´ widzenia sprawiła, i˙z czerwie´n zstapiła ˛ na ziemi˛e i pomalowała kontury ciemnych od wilgoci sylwetek szaro odzianych je´nców oraz nadała blasku nasiakni˛ ˛ etym woda˛ czarnym mundurom Zaprzyja´znionych. Czarni i czerwoni, czerwoni i czarni, zwie´nczeni ogromna˛ łukowato wysklepiona˛ rama˛ mrocznych olbrzymów, ukrytych pod postacia˛ drzew, wygladali ˛ niczym figury z witra˙zu. Siedziałem zzi˛ebni˛ety w swoim ci˛ez˙ kim, wilgotnym ubraniu, przygladaj ˛ ac ˛ si˛e kłótni grupowego z szeregowcem. I stopniowo ich słowa, s´ciszone tak, by nie mogły dotrze´c do uszu je´nców, lecz dla mnie zrozumiałe, zacz˛eły nabiera´c w mych uszach sensu. — Ty´s dzieckiem jest! — warczał grupowy. Głow˛e zadarła mu do góry gwałtowno´sc´ emocji, a zachodzace ˛ sło´nce si˛egn˛eło z nieba r˛eka,˛ by iluminowa´c mu twarz czerwienia,˛ tak z˙ e po raz pierwszy ujrzałem ja˛ wyra´znie i zobaczyłem w jej zaostrzonych postem rysach i gł˛eboko rze´zbionych bruzdach ten sam rodzaj surowego i bezgranicznego fanatyzmu, jaki odkryłem u grupowego z Kwatery Głównej Zaprzyja´znionych, który odrzucił pro´sb˛e o przepustk˛e dla Dave’a. — Ty´s dzieckiem jest! — powtórzył. — Ty´s młody! Có˙z mo˙zesz wiedzie´c o walce o powszedni chleb, pokolenie za pokoleniem, na 89
naszych surowych i kamienistych s´wiatach, czego ja bym nie wiedział? Có˙z moz˙ esz wiedzie´c o n˛edzy i głodzie po´sród Dzieci Naszego Pana, ja ci to powiadam, nawet w´sród kobiet z dzie´cmi przy piersi? Có˙z mo˙zesz wiedzie´c o zamierzeniach tych, którzy wysłali nas w bój, aby lud nasz mógł z˙ y´c i rozkwita´c, podczas gdy wsz˛edzie indziej najch˛etniej widziano by nas wszystkich martwych, a nasza˛ wiar˛e martwa˛ i pogrzebana˛ wraz z nami? — Ja jedno wiem — odciał ˛ si˛e młody z˙ ołnierz, chocia˙z nieznaczne dr˙zenie głosu zdradzało jego wiek przy odpowiedz!. — Wiem, z˙ e mamy obowiazki ˛ wobec praw i z˙ e zaprzysi˛egli´smy Kodeks Najemników i. . . — Zamknij swe dziecinne wargi! — syknał ˛ grupowy. — Czym˙ze sa˛ przysi˛egi inne ni˙z wobec naszego Pana Zast˛epów? Patrz, oto Starszy nad Rada˛ Starszych, ten, który zowie si˛e Brightem, powiedział, z˙ e dzie´n ten zawa˙zy na przyszło´sci naszego ludu i walne zwyci˛estwo jest dzisiaj potrzeba,˛ której musimy sprosta´c. Dlatego zwyci˛ez˙ ymy! I inaczej nie b˛edzie! — Lecz dalej powiadam tobie. . . — Ty nic mi powiadał nie b˛edziesz! Jam jest twym przeło˙zonym. Ty i tamta czwórka macie zameldowa´c si˛e razem w punkcie łaczno´ ˛ sci, i to ju˙z! I nie zwa˙zaj na to, i˙ze´s z innej jednostki. Ty´s został powołany i ty b˛edziesz słuchał! — W takim razie zabierzemy ze soba˛ je´nców w bezpieczne. . . — Ty b˛edziesz słuchał! Grupowy nosił swa˛ bro´n samostrzelna˛ przewieszona˛ pod ramieniem. Okr˛ecił ja˛ teraz tak, by mie´c spust pod r˛eka,˛ a luf˛e wymierzona˛ w szeregowego. Kciuk grupowego przesunał ˛ bezpiecznik broni na ogie´n automatyczny. Ujrzałem, jak Greten zamyka oczy i ci˛ez˙ ko przełyka s´lin˛e, lecz gdy przemówił, głos jego w dalszym ciagu ˛ brzmiał pewnie. — Azali˙z przez całe z˙ ycie nie szedłem w cieniu Naszego Pana, który jest prawda˛ i wiara.˛ . . — usłyszałem jego głos. Lufa uniosła si˛e do góry. Krzyknałem ˛ na grupowego: — Hej, wy tam, grupowy! Obrócił si˛e z miejsca niczym szary wilk na odgłos trza´sni˛ecia gałazki ˛ pod butem my´sliwego i oto sam patrzyłem w nie wi˛ekszy od główki szpilki wylot nastawionego na ogie´n automatyczny samostrzału. Nast˛epnie podszedł do mnie z bronia˛ w dalszym ciagu ˛ wycelowana˛ i topór jego poznaczonej gwiazdkami, fanatycznej twarzy zawisnał ˛ nade mna.˛ — Ty´s jest zatem przytomny? — zapytał. Słowa te zabrzmiały jak szyderstwo. Odczytałem w nich pogard˛e dla kogo´s na tyle słabego, by bra´c s´rodki przeciwbólowe dla ul˙zenia jakimkolwiek cielesnym dolegliwo´sciom. — Dostatecznie przytomny, by powiedzie´c ci kilka słów prawdy — wycharczałem. Zaschło mi w gardle i znowu zaczynała bole´c mnie noga, lecz grupowy stanowił dobre antidotum na te przypadło´sci, rozbudzajac ˛ na nowo mój gniew, tak 90
z˙ e nawracajacy ˛ uraz mógł by´c po˙zywka˛ dla w´sciekło´sci, która z łatwo´scia˛ wybuchała. — Posłuchaj mnie uwa˙znie. Jestem reporterem. Do´sc´ długo z˙ yjesz na tym s´wiecie, by wiedzie´c, z˙ e tej peleryny i tego beretu nie nosi nikt nie uprawniony. Lecz tak dla pewno´sci. . . — Pogrzebałem w kieszeni i wyciagn ˛ ałem ˛ z niej dokumenty. — Oto moje papiery. Prosz˛e je obejrze´c. Wział ˛ je do r˛eki i przebiegł wzrokiem. — Zatem w porzadku ˛ — powiedziałem, gdy dotarł do ko´nca. — Ja jestem reporterem, a wy jeste´scie grupowym. I o nic nie prosz˛e. . . ja z˙ adam! ˛ Z˙ adam ˛ bezzwłocznego przetransportowania do szpitala polowego i z˙ adam, ˛ z˙ eby mój asystent — tu wskazałem Dave’a — został mi zwrócony. I to ju˙z w tej chwili! Nie za dziesi˛ec´ minut ani za dwie minuty, ale w tej chwili! Stojacy ˛ tu na stra˙zy szeregowcy moga˛ nie wiedzie´c, czy wolno im mnie i mojego asystenta zabra´c stad ˛ i odstawi´c do szpitala, ale wy wiecie, z˙ e wam wolno. A ja z˙ adam, ˛ by tak wła´snie si˛e stało! Przygladał ˛ mi si˛e znad dokumentów i przez jego twarz przemkn˛eła szczególnego typu zawzi˛eto´sc´ . Tak mógłby wyglada´ ˛ c człowiek, który straca ˛ z siebie dłonie wiodacych ˛ go na szubienic˛e i z pogarda˛ kroczy o własnych siłach na miejsce egzekucji. — Ty´s jest reporterem — rzekł i gł˛eboko wciagn ˛ ał ˛ powietrze. — Tak, ty´s jest jeden z plemienia Anarchowego, które kłamstwem i fałszywym s´wiadectwem rozsiewa po całym s´wiecie człowieczym nienawi´sc´ do naszego ludu i naszej wiary. Znam ciebie dobrze, redaktorze — przyjrzał mi si˛e czarnymi podkra˙ ˛zonymi oczyma — i twe dokumenty sa˛ dla mnie niczym innym jak głupstwem i s´mieciem. Lecz ja ci˛e ukontentuj˛e i poka˙ze˛ tobie, jak mało wa˙zysz na szali wraz z całym swym reporterskim plugastwem. Dam ja tobie do opisania histori˛e, a ty ja˛ opiszesz i ujrzysz, z˙ e mniej ona znaczy ni˙z zeschłe li´scie wiejace ˛ spod maszerujacych ˛ stóp Pomaza´nca Bo˙zego. — Zabierz mnie do szpitala polowego — za˙zadałem. ˛ — Jeszcze na to poczekasz — odparł. — Co wi˛ecej — . pomachał dokumentami przed moim nosem — widz˛e tu twoja˛ przepustk˛e, lecz brak przepustki podpisanej przez kogo´s władnego w naszych szeregach, która by dała prawo przej´scia przez linie temu, którego mienisz swoim asystentem. Dlatego te˙z nie b˛edzie on ci zwrócony, lecz pozostanie razem z innymi je´ncami w podobnym mundurze, by spotkał go los zesłany mu przez Pana. Rzucił mi na kolana papiery, odwrócił si˛e i dumnym krokiem odszedł w kierunku je´nców. Wołałem za nim, rozkazujac ˛ mu, by wrócił, ale nie zwracał na mnie uwagi. Greten pobiegł w s´lad za nim, złapał go za rami˛e i poczał ˛ szepta´c mu co´s do ucha, gestykulujac ˛ gwałtownie w kierunku grupy je´nców. Grupowy odepchnał ˛ go, a Greten a˙z si˛e zatoczył. — Azali˙z nale˙za˛ oni do grona Wybranych?! — krzyknał ˛ grupowy. — Azali˙z sa˛ to Bo˙zy Wybra´ncy?! — I okr˛ecił si˛e z w´sciekło´scia,˛ gro˙zac ˛ ustawiona˛ wcia˙ ˛z na 91
automatyk˛e bronia˛ nie tylko Gretenowi, ale i pozostałym stra˙znikom. — Zbiórka! — wrzasnał. ˛ Jedni powoli, inni z po´spiechem porzucili pilnowanie je´nców i ustawili si˛e przed grupowym w szeregu. — Zameldujecie si˛e wszyscy w punkcie łaczno´ ˛ sci. . . i to ju˙z! — warknał ˛ grupowy. — W prawo zwrot! Posłuchali go. — Odmaszerowa´c! I tak opu´scili nas, odmaszerowawszy poza zasi˛eg mojego wzroku pomi˛edzy cienie drzew. Grupowy przez chwil˛e patrzył w s´lad za nimi, po czym zwrócił uwag˛e, a w s´lad za nia˛ strzelb˛e w kierunku cassida´nskich je´nców. Cofn˛eli si˛e przed nim nieznacznie, a ja ujrzałem, jak pobladły niczym chusta, niewyra´zny owal twarzy Dave’a kieruje si˛e w moja˛ stron˛e. — Oto wasi stra˙znicy opu´scili was — grupowy przemówił do nich gro´znie i powoli. — Gdy˙z zaczyna si˛e natarcie, które zetrze wasze wojska na proch. W natarciu tym liczy si˛e ka˙zdy z˙ ołnierz, gdy˙z takie otrzymali´smy posłanie od Starszego naszej Rady. Nawet ja musz˛e tam poda˙ ˛zy´c, a nie mog˛e zostawi´c takich jak wy nieprzyjaciół za naszymi liniami bez stra˙zy, gdzie mogliby´scie zaszkodzi´c naszemu zwyci˛estwu. Dlatego wy´sl˛e was teraz do miejsca, skad ˛ nie b˛edziecie mogli działa´c na szkod˛e Bo˙zego Pomaza´nca. W tej chwili, dopiero w tej chwili, po raz pierwszy zrozumiałem, co miał na my´sli. I otwarłem usta, by krzycze´c, ale krzyk si˛e nie rozległ. Spróbowałem wsta´c, lecz nie pozwoliła mi na to sztywna noga. Z otwartymi ustami zastygłem w trakcie podnoszenia si˛e z miejsca. Ciagłym ˛ ogniem maszynowym ostrzelał stojacych ˛ przed nim bezbronnych ludzi. Oni za´s — a w´sród nich Dave — przewracali si˛e, padali na ziemi˛e i umierali.
Rozdział 13 Nie jest dla mnie całkowicie jasne, jak wydarzenia potoczyły si˛e dalej. Pami˛etam, z˙ e kiedy powalone ciała przestały si˛e ju˙z ostatecznie rusza´c, grupowy odwrócił si˛e i podszedł do mnie, trzymajac ˛ w jednej r˛ece strzelb˛e. Mimo z˙ e kroczył z˙ wawo, wydawało si˛e, i˙z zbli˙za si˛e powoli, powoli, lecz nieubłaganie. Było to tak, jak gdybym widział go stapaj ˛ acego ˛ w kole kieratu, gdy tak z czarna˛ strzelba˛ w r˛eku wyłaniał si˛e coraz bli˙zej mnie na tle poczerwieniałego nieba. Wreszcie dotarł do mnie i stanał. ˛ Spróbowałem cofna´ ˛c si˛e przed nim, lecz majac ˛ za plecami ogromny pie´n drzewa, nie mogłem, a zraniona noga, sztywna niczym martwy drewniany kloc, przykuwała mnie do miejsca. Nie podniósł swej strzelby i nie strzelił. — No i có˙z — powiedział, spogladaj ˛ ac ˛ na mnie. Głos miał gł˛eboki i spokojny, lecz oczy jarzyły si˛e niesamowitym blaskiem. — Masz swoja˛ histori˛e, redaktorze. I prze˙zyjesz, aby ja˛ opowiedzie´c. By´c mo˙ze pozwola˛ ci by´c obecnym przy tym, jak mnie powioda˛ przed pluton egzekucyjny — chyba z˙ e Pan zadecyduje inaczej i polegn˛e w natarciu, które si˛e wła´snie zaczyna. Lecz cho´cby mieli po milionkro´c razy wykona´c na mnie wyrok, i tak na nic nie przyda ci si˛e twoje pisanie. Gdy˙z ja, który jestem narz˛edziem Pana, wedle Jego woli zapisałem o